Recenzja filmu: "Wojna domowa", reż. Stephan Elliott

Wojna domowa
United Kingdom przeciw United States

W oryginale jest „Easy virtue” (dosłownie „Łatwa cnota”), ale polski dystrybutor zdecydował się na „Wojnę domową”, świadomie bądź nie, nawiązując do popularnego kiedyś polskiego serialu. Jak starsi ludzie pamiętają, była tam piosenka „Wojna domowa, wojna na słowa”, która też pasowałaby do filmu Stephena Elliotta. Rzecz dzieje się po I wojnie światowej w Wielkiej Brytanii, która nie jest już taka wielka jak niegdyś, ale na prowincji w zamczyskach należących od wieków do tych samych rodów życie toczy się niezmiennym rytmem.

Do takiej właśnie twierdzy strzegącej odwiecznych konwenansów młody Anglik przywozi amerykańską żonę. Powitania i prezentacje sprawiać mogą wrażenie szczerych, ale to tylko pozór, bo już za chwilę zacznie iskrzyć między synową a teściową, która – jak to teściowa – marzyła o innej żonie dla syna. Rozpoczynająca się od drobnych potyczek wojna domowa zmieni się wkrótce w konflikt o charakterze międzynarodowym i międzykulturowym: United Kingdom stanie przeciw United States.

Teściowa (świetna Kristin Scott Thomas) na każdym kroku podkreśla wyższość wyspiarskiej kultury, podczas gdy synowa ostentacyjnie prezentuje styl życia nowoczesnej, wyzwolonej kobiety, gorsząc otoczenie.Jest jeszcze teść, który niczym nasz poczciwy Dulski prawie w ogóle się nie odzywa, ale jeżeli gra go świetny aktor Colin Firth, to nie po to, by do końca zachowywał się jak statysta. W każdym razie, kiedy osaczona Amerykanka nie będzie miała z kim zatańczyć na dorocznym balu, on dotrzyma jej kroku. Firth tańczący tango z piękną Jesiccą Biel – już dla tej sceny warto wybrać się na „Wojnę”. Reszta też nie powinna rozczarować amatorów fars z lekkim podtekstem psychologicznym.

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj