Recenzja filmu: "Moje Winnipeg", reż. Guy Maddin

Moje Winnipeg
Fikcja dokumentalna na pograniczu snu

Kanadyjska kinematografia kojarzy się głównie z trzema wielkimi nazwiskami: Atoma Egoyana, Davida Cronenberga oraz Denysa Arcanda. Zupełnie u nas nieznany Guy Maddin z pewnością zasługuje na to, by do tej trójki dołączyć i to na równych prawach.

Kino Maddina (było prezentowane na ostatnim festiwalu Era Nowe Horyzonty) jest szalenie ironiczne, indywidualistyczne i absolutnie niepodporządkowane regułom gatunkowym. Opiera się na pastiszu starych, niemodnych, archaicznych konwencji filmowych, szczególnie ekspresjonizmu niemieckiego, radzieckiej propagandy z okresu niemego kina, rzadziej dokumentu oraz horroru. Polega na mieszaniu całkowicie sztucznego, dawno przebrzmiałego stylu z fragmentami biografii reżysera, jego surrealistycznych snów, erotycznych obsesji, a nawet mitów przez niego samego wymyślanych. Głównie na temat miejsca urodzenia: przemysłowego miasta Winnipeg, gdzie rozgrywa się większość jego wizjonerskich filmów oraz ten najbardziej znany, zatytułowany właśnie „Moje Winnipeg”, pochodzący z 2007 r. Jest to fikcja dokumentalna, rozgrywająca się na pograniczu snu, zmyślenia, surrealistycznych skojarzeń oraz mitomaństwa, którego tematem jest podróż reżysera w głąb swoich wspomnień oraz historii regionu.

Spotkanie z tak przetworzoną przeszłością służy Maddinowi w odczarowaniu pustki, bezcelowości, z jaką miał stale do czynienia. Także uspokojeniu nerwów po dzieciństwie naznaczonym konfliktem z despotyczną matką. Ale nawet widzowie niewtajemniczeni w szczegóły życiorysu autora mogą w tym filmie odnaleźć coś swojego. Nosi on wszelkie znamiona uniwersalizmu, jest bliski duchowi prozy Bruno Schulza (ulubionego pisarza Kanadyjczyka), niesie też podobne przesłanie. Aby uciec od nielubianego świata, nie trzeba się od niego odwracać. Wystarczy stworzyć własny.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj