Recenzja filmu: "Miasto z morza", reż. Andrzej Kotkowski

Miasto z morza
Morze jest, lecz miasta nie widać

Najkrótsza recenzja filmu „Miasto z morza” opowiadającego o budowie Gdyni mogłaby brzmieć tak: morze jest, lecz miasta nie widać. Ambitny reżyser Andrzej Kotkowski podjął się zadania ponad siły – okazało się bowiem, że nasza kinematografia nie jest dzisiaj w stanie wyprodukować podobnego dzieła. Brakuje dotkliwie funduszy (mimo wsparcia władz Gdyni), co widać na ekranie: niby trwa wielka budowa, a tymczasem wciąż oglądamy jakieś wstępne roboty ciesielskie i kilka tych samych barek pływających w tle.

Słaby jest scenariusz oparty na powieści Stanisławy Fleszarowej-Muskat „Tak trzymać”, przypominający najbardziej zgrane schematy socrealistyczne – trzeba wykonać plan, przeszkody się piętrzą, ale załoga trwa na posterunku. Równolegle toczy się wątek romansowy: chłopak, który przyjechał budować Gdynię z odległej wsi, zakochał się w miejscowej Kaszubce, zaś jej ojciec nie chce widzieć w rodzinie obcego. Czyli mezalians, ale prawdziwa miłość w końcu zatryumfuje. Nieźle radzą sobie natomiast młodzi aktorzy, czego nie da się powiedzieć o bardziej doświadczonej części obsady. Widz wychodzący z kina może pomyśleć, że łatwiej było przed wojną zbudować miasto, niż dzisiaj zrobić o tym film.


Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj