Recenzja książki: Colm Tóibín, "Brooklyn"

Podróż melancholijna
Tóibínowi udało się świetnie uchwycić atmosferę lat 50.

Choć w krajach anglosaskich Colm Tóibín osiągnął już status prawdziwej gwiazdy, w Polsce jest jeszcze autorem niemal anonimowym. „Brooklyn” to jego druga powieść – po „The Blackwater Lightship” – nominowana do Bookera, a także druga książka – po „Mistrzu”, biografii Henry’ego Jamesa – która się u nas ukazuje. Historia, którą opowiada tutaj irlandzki prozaik, pozornie jest banalna, wręcz telenowelowa. Eilis Lacey, młoda dziewczyna z małego miasteczka Enniscorthy, staje przed życiową szansą wyjazdu do Ameryki. Ojciec Flood, znajomy rodziny, pomaga Eilis zdobyć wizę, znajduje jej także pracę, lokum, a nawet zapisuje ją na kurs księgowości w Brooklyn College. Początki są dla niej trudne, ale po kilku miesiącach przyzwyczaja się do Nowego Jorku i poznaje Tony’ego, hydraulika z włoskiej rodziny. Kiedy życie Eilis wydaje się poukładane, umiera jej siostra. Przyjeżdża więc do Irlandii, by pocieszyć matkę. W Enniscorthy Brooklyn wydaje jej się snem, tak jak nierzeczywista stała się dla niej Irlandia na emigracji. Owiana nimbem Ameryki Eilis wplątuje się w związek z jedną z najlepszych partii w okolicy. Najważniejsze jednak jest tutaj to, co dzieje się w tle. Tóibínowi udało się świetnie uchwycić atmosferę lat 50.: konflikty rasowe i kulturowe (np. irlandzko-włoskie), traumę pozostałą po II wojnie światowej, rzeczywistość emigracyjną i świat przed rewolucją seksualną. Niezwykle subtelny psychologicznie „Brooklyn” zbliża Tóibína do jego wielkiego mistrza Henry’ego Jamesa. Oszczędna, melancholijna proza pokazuje zarazem, że jest on w tym momencie jednym z najważniejszych, obok Roddy’ego Doyle’a i Johna Banville’a, irlandzkich pisarzy.

Colm Tóibín, Brooklyn, przeł. Jerzy Kozłowski, Rebis, Poznań 2009, s. 256

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj