szukaj
Fragment książki "Ciemne sprawy dawnych warszawiaków"
Będąc napiłą, 31-letnia kobieta, żona wyrobnika, oparła się o studnię i wpadła do środka: wydobyto ją nieżywą.

ALKOHOLIŚCI NIE TYLKO Z DOROŻKARSKIEJ RESURSY

(...)

Nieprawdopodobnie częste upadki z dachów, z rusztowań, z parapetów przy myciu okien – kończące się zazwyczaj śmiercią – miały niewątpliwie, w licznych przypadkach, związek z pijaństwem. Kronika wypadków na ogół o tym milczała, niekiedy jednak wyraźnie wskazywano na nadużycie alkoholu.

Dla zilustrowania problemu posłużmy się garścią najbardziej typowych przykładów, wybranych z paru roczników „Kuriera Warszawskiego” z lat trzydziestych XIX w. Informacja, że powiesiła się żona wyrobnika lubiąca się zabawić i popić, sąsiaduje w jednym numerze z doniesieniem, iż powiesił się wyrobnik, ojciec pięciorga dzieci, który „rzadko kiedy był trzeźwy”. Kiedy indziej czytamy, że „stangret, który schodził do piwnicy pijany, spadł ze schodów i umarł następnego dnia”. Kulisy codzienności odsłania podobna notatka z połowy lat czterdziestych: oto 22-letnia służąca, która „przybyła z dwiema innymi kobietami do domu w Rynku Starego Miasta do mieszkania na IV piętrze kwaterujących tam żołnierzy, wychodziła pijana, spadła ze schodów i zabiła się”.

Na ul. Piekarskiej szewcowa, „znana z nałogu pijaństwa”, pokłóciła się z mężem i pchnęła go nożem w bok. Nieco później dowiadujemy się, że wyrobnik pracujący w browarze, ojciec sześciorga dzieci. tak był „spragniony”, iż wypił witriol przeznaczony do czyszczenia kotła, myśląc, że to wódka. Z kolei rzeźnik, 23-letni Żyd, zamiast wódki, której się domagała żona. podał jej witriol i został za to skazany na ścięcie. W tym samym roczniku (1837) trafić można na kilkanaście notatek o znalezieniu w domu nieżywych kobiet, nałogowych pijaczek. Częste też były takie przypadki, jak ten, który opisał „Kurier” w 1833 r.: Będąc napiłą, 31-letnia kobieta, żona wyrobnika, oparła się o studnię i wpadła do środka: wydobyto ją nieżywą”. Dość typowy wydaje się również inny przykład z tego samego roku: „W szynku przy ul. Złotej biło się dwóch wyrobników. Wmieszała się w to ciężarna żona jednego z nich: uderzona w brzuch, życie zakończyła”. W tymże roczniku charakterystyczna notatka: „Onegdaj żona malarza, zanadto rozgrzawszy się trunkiem, a przez to rozgniewawszy się na męża, wyskoczyła z facjatki jednego z domów przy ul. Ogrodowej, lubo jest potłuczoną, lecz według opinii chirurga przy życiu utrzymaną być może”.

Dość często ginęli w niezwykle dramatycznych okolicznościach pijani pracownicy browarów, którzy wpadali do kadzi z wrzącym piwem. Pijaństwo było też przyczyną licznych wypadków na ulicach miasta, skłonność do alkoholu przejawiali bowiem tradycyjnie wszyscy, ogólnie mówiąc, transportowcy. Zaczęło się już od lektykarzy w końcu lat siedemdziesiątych XVIII w. „Ci będąc często w stanie nietrzeźwym – odnotowano w dziele opisującym ówczesną codzienność stolicy – upuszczali laski do niesienia, w zimie zaś ślizgali się na oblodzonej, nierównej jezdni i upadając narażali na szwank podróżującego. Co gorsza, okradali również klientów, przeważnie tych, którzy nocną porą wracali z komedii i redut”. Dodajmy: nierzadko też wstawionych, dodajmy też, że zrabowane walory szły oczywiście na wódkę.

Jakże podobne są narzekania, wzięte z pierwszego rocznika „Kuriera Warszawskiego”, na pijanych dorożkarzy, przez których „publiczność narażona była na nieuprzejmość i wypadki”. Jakże często u schyłku wieku znaleźć można w rocznikach pism codziennych i w kronikach tygodników utyskiwania w tym samym tonie. Był to więc problem, rzec można, odwieczny.

Jak wynika z zestawienia zawodów w 1824 r., szynkarze, w liczbie 1160, ustępowali w Warszawie tylko urzędnikom, których było 1610. Był to już i tak dla nich okres mniejszej prosperity w stosunku do schyłku XVIII w., gdy stołeczne spisy wymieniały 1390 szynkarzy, 23 destylatorów, 7 gorzelników, 94 piwowarów, 22 właścicieli oberż i 101 właścicieli kawiarni.

W 1845 r. było w mieście 12 restauracji, 30 traktierni, 146 kawiarni, 949 wyszynków piwa i wódek, 6 destylatorni i 8 hurtowych handlów wódką. W tymże roku władze podały do wiadomości, że wstrzymuje się wydawanie szynkarskich patentów w miejsce ubywających do czasu, aż liczba szynków wyrówna się do „normalnej”. Alkoholem handlowano jednakże nie tylko w szynkach, ale i w „gmachach przez władze rządowe zajmowanych”, a więc wszędzie tam, gdzie funkcjonowały biura. Żony „miejscowych oficjalistów” prowadziły tam bowiem „szynki, traktiernie, garkuchnie lub stragany z wiktuałami”, czyli mówiąc dzisiejszym językiem stołówki i bufety, w których sprzedawano wódkę. Tych „punktów sprzedaży” podane wyżej wyliczenia oczywiście nie obejmowały. Tak więc przyjmując za podstawę do wyliczeń nasycenia alkoholem liczbę szynków – trzeba pamiętać, że wódkę sprzedawano także poza nimi.

(...)

ZŁODZIEJE I POLICJANCI

(...)

Sprawiedliwości w przypadku kradzieży – zwyczajowo – od wieków dochodzili sami poszkodowani, i dochodzili jej bezwzględnie. Praktykę tę, jako rzecz oczywistą, traktował jeszcze projekt prawodawczy Andrzeja Zamoyskiego z 1778 r., stanowiąc, iż „złodziejstwo bez gwałtu i włamania się, uderzenie bez zasadzki i krwi wylewu, potwarz bez pisma i inne prywatne w osobach lub majątkach pokrzywdzenie przez samego ukrzywdzonego dochodzone być powinny”.

Wszelkie natomiast łotrostwa, a wiec zawodowe kradzieże i rozboje, ścigane były z urzędu, faktycznie jednak do osądzenia i skazania dochodziło tylko w przypadku schwytania na gorącym uczynku. Sprawę rozpatrywały wówczas niemal natychmiast tzw. sądy gorące, rządzące się procedurą wyjątkową, niedającą schwytanemu żadnych uprawnień do obrony. Sądy te podobno dlatego nazywały się „gorące”, że sądzonemu – nawet w mróz – robiło się gorąco ze strachu. Wyrok był ostateczny, a kary surowe. Zwyczajowo kradzież wartości do 3 złp była karana zwróceniem czterokrotnej wartości i chłostą u pręgierza, przy kradzieży zaś powyżej tej kwoty sądy gorące skazywały złodzieja schwytanego po raz pierwszy na chłostę z piętnowaniem policzka, po raz drugi – na obcięcie uszu, za trzecim razem wypalano mu krzyż na czole, a za czwartym wieszano bez względu na wartość skradzionego przedmiotu.

Wraz z powstaniem w Warszawie sądu marszałkowskiego zaczęto – wobec przestępców, którzy targnęli się na cudzą własność – mniej szczodrze szafować karą śmierci. Częściej natomiast sięgano do kary pozbawienia wolności, którą głównie właśnie złodzieje odbywali w Wieży Marszałkowskiej – dawnej narożnej strażnicy w załamaniu murów obronnych przy zbiegu ulic Mostowej i Brzozowej, tuż obok Krzywego Koła, a od 1767 r. – w więzieniu marszałkowskim, na które przerobiono dawną Prochownię. Niektórych kierowano do Cuchthauzu przy ul. Pokornej.

Skazanych na długoterminowe kary więzienia warownego lub dożywotnio odsyłano albo do Częstochowy, albo – częściej – do twierdzy w Kamieniu Podolskim, gdzie znajdował się główny zakład karny dawnej Rzeczypospolitej, ciężkie więzienie podziemne zwane w ówczesnej gwarze przestępczej „Indiami”.

Na podstawie doniesień prasowych oraz protokołów instygatorów sądu marszałkowskiego, których zadaniem było m.in. „pilnowanie rozbójstwa i złodziejstwa”, można dojść do przekonania, że w poprzedzającym trzeci rozbiór okresie istnienia Rzeczypospolitej – o których to czasach zachowały się już dość obfite materiały z interesującego nas zakresu – w tryby ówczesnego wymiaru sprawiedliwości dostawały się w zasadzie dwie kategorie przestępców, w taki czy inny sposób porywających się na cudzą własność.

Pierwsza – to członkowie band grabiących dwory i podróżnych, band działających w różnych regionach, niekiedy nawet za granicą, a w stolicy szukających rynku zbytu dla zdobytych łupów. W razie schwytania przez wojsko, karano ich bardzo surowo, najczęściej śmiercią.

Z kolei druga grupa – to działający na ogół indywidualnie różni zbiegowie ze szlacheckich majątków, napływowi „ludzie luźni”, „biegacze” – jak ich nazywano – usiłujący znaleźć jakieś zajęcie w stolicy, najczęściej wynajmujący się do różnych posług. Niechęć do cięższej pracy, przy braku wszelkich kwalifikacji, sprawiała, że tych obcych na warszawskim gruncie łatwo – jak pisze Zofia Turska, która przebadała akta sądu marszałkowskiego – „zagarniała fala szumowin ludzkich, niosąc wcześniej czy później przed oblicze instygatora”. Rzadko trafiali się wśród nich notoryczni złodzieje, na ogół albo okradali pana, u którego chwilowo służyli, albo ściągnęli coś z budy lub straganu przekupnia.

Takich właśnie włóczęgów chwytali najczęściej żołnierze marszałka koronnego, który jako naczelnik stołecznej policji miał do dyspozycji, w celu utrzymania porządku i bezpieczeństwa w mieście, chorągiew pieszą liczącą ok. 450 ludzi.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj