Fragment książki "Ja, inkwizytor. Wieże do nieba"
– Jelita – burknął z obrzydzeniem Albert Knotte i trącił czubkiem buta zwinięte na posadzce kłębowisko, przypominające legowisko rozprutych żmij. – A ja wczoraj jadłem krwawą kiszkę...

Upojny zapach leśnych konwalii rozchodził się wszędzie wokół, a słowicze trele pieściły nasze uszy. Wzbijały się dźwięczną kaskadą pod niebo zaróżowione od zachodzącego słońca, którego promienie spijały z liści ostatnie krople rosy.”

Taaak... Zapewne wolałbym w ten sposób rozpoczynać moją opowieść. Ale jestem inkwizytorem, a nasze historie, historie inkwizytorów, zazwyczaj zaczynają się troszkę inaczej...

Krew była wszędzie. Na ścianach, na podłodze, nawet na suficie. Można by pomyśleć, że w tym pokoju pracował szalony lub pijany malarz, który upodobał sobie technikę polegającą na rozbryzgiwaniu przeróżnych odcieni czerwonej farby, od niemal różowego po wpadający w brąz. Można by tak pomyśleć, gdyby nie smród. Smród zastarzałej, zaschniętej krwi i rozprutych wnętrzności. Kto tego rodzaju smród poczuł chociaż raz w życiu ten nigdy nie pomyli go z niczym innym.

– Jelita – burknął z obrzydzeniem Albert Knotte i trącił czubkiem buta zwinięte na posadzce kłębowisko, przypominające legowisko rozprutych żmij. – A ja wczoraj jadłem krwawą kiszkę... – dodał z jeszcze większym obrzydzeniem i splunął.

Ciało zamordowanej leżało pod ścianą. Głowa wygięta była pod nienaturalnym kątem i dopiero po chwili zorientowałem się, że oprawca niemal oderżnął tę głowę od tułowia. Czy kobieta jeszcze żyła, kiedy ją katowano? Czy na twarzy zastygł grymas przedśmiertnej męki? Tego nie udało mi się dostrzec, gdyż ofiara nie miała twarzy. Morderca zdarł z niej niemal całą skórę, pozostawiając jedynie zakrwawioną maskę, nieprzypominającą już nawet ludzkiego oblicza.

Bujne włosy pokryte były zaskorupiałą czerwienią i zwinięte w grubo spleciony kłąb. W pierwszym momencie pomyślałem, że podobnie musiała wyglądać głowa Gorgony Meduzy, kiedy już odciął ją od szyi miecz Perseusza.

– Jezus Maria – wystękał towarzyszący nam młody mężczyzna i wybiegł za próg.

Słyszałem, jak wymiotuje.

– Delikatne żołądki ma nasza szlachta – stwierdził z szyderstwem Knotte.

Mężczyzna rzeczywiście był szlachcicem, zaufanym margrabiny, do której należało miasto wraz z okolicznymi wsiami. Elżbieta von Sauer wysłała go, by uważnie patrzył nam na ręce.

– To nie nasza sprawa. – Knotte raz jeszcze rozejrzał się po pokoju. – Co nas to wszystko może obchodzić?

Tylko apetyt z tego wszystkiego straciłem – westchnął z wyraźnym rozżaleniem.

– Nie dziwię się – mruknąłem, gdyż nie mogłem się zdecydować, czy widok jest gorszy od smrodu, czy smród gorszy od widoku.

– No to dupa w troki, Mordi. – Knotte otrząsnął się niczym mokry pies, a raczej, zważywszy jego posturę, jak taplający się w błocie tucznik. – Zabieramy się stąd.

Co najmniej kilka razy starałem mu się grzecznie wyjaśnić, że mam na imię Mordimer, jednak wydawał się tym faktem zupełnie niezainteresowany. Poza tym był moim przełożonym i od niego zależała moja przyszła promocja, więc jeśli chciał, mógł mnie nawet nazywać swoim słodkim cukiereczkiem, a i tak przymknąłbym na to oczy. Bo i co innego miałbym uczynić?

– Nie radzę. – Usłyszeliśmy głos naszego towarzysza, który zdołał już opanować wymioty i stał teraz, blady niczym śmierć, na progu.

– A to czemu?

Knotte spojrzał na szlachcica takim wzrokiem, jakby ten powiedział nie tylko coś wielce niestosownego, lecz wręcz obraźliwego. Zresztą pewnie tak właśnie było, gdyż my, inkwizytorzy, nie potrzebujemy rad szlachetnie urodzonych. Szczerze mówiąc, nie potrzebujemy niczyich rad. Zwłaszcza wypowiadanych podobnie aroganckim tonem.

– Ta dziewczyna pracowała jako bieliźniana pani margrabiny. Ulubiona bieliźniana. – Mocno zaakcentował słowo „ulubiona”. – Pani chciała ją wydać za jednego z pomniejszych dworzan i ustaliła nawet posag.

– To nas nie obchodzi. – Knotte wzruszył ramionami.

– Tu nie ma śladu herezji czy pogańskich lub satanistycznych praktyk. Zwykłe rzeźnictwo. Nieprawdaż, Mordimerze? – Obrócił w moją stronę twarz napuchniętą po wczorajszym pijaństwie.

– Tak jest, mistrzu Albercie – zgodziłem się z nim, ponieważ po pierwsze, moja pozycja nie pozwalała na publiczne oponowanie twierdzeniom przełożonego, po drugie, również uważałem, że Święte Officjum nie ma w tym wypadku nic do roboty. A po trzecie, byłem mu wdzięczny, iż raczył tym razem użyć mojego imienia bez zdrobnień.

– Pozwalam sobie twierdzić, że na tyle znam panią margrabinę, by wiedzieć, że nie oszczędzi sił oraz kosztów, żeby tylko doprowadzić mordercę do kata – rzekł Leghorn pompatycznie .

– W takim razie powodzenia i do widzenia. – Knotte zamachał figlarnie tłustą dłonią, a ja uśmiechnąłem się w myślach, gdyż domyślałem się, jaki będzie dalszy przebieg rozmowy.

– Zaręczam wam, inkwizytorze, że pani margrabina nie będzie zachwycona, słysząc podobną odpowiedź – stwierdził szlachcic lodowato. – A kiedy pani margrabina jest nie w humorze, stara się, by odczuli to wszyscy wokół.

Inkwizytor wydął pogardliwie usta.

– Ojojoj – powiedział sztucznie wysokim głosem, tak niepasującym do jego zwalistej postury. – Już się boję...

Potem roześmiał się chrapliwie.

– Ale widzisz pan, panie Leghorn, to co prawda nie jest robota dla Inkwizytorium, jednak zawsze możemy z twoją panią porozmawiać o prywatnym zleceniu. – Przymrużył porozumiewawczo oko. – A jeżeli jej kiesa jest równie wielka jak gniew i pragnienie zemsty, dogadamy się niczym amen w pacierzu.

Szlachcic skinął głową.

– Pani margrabina na pewno chętnie was przyjmie – powiedział, a jego głos nie ocieplił się nawet na krzynę.

– Teraz. Zaraz – rozkazał Knotte. – A ty, mały – znowu zwrócił się do mnie – zostań i dopilnuj, żeby nic nie rozwłóczyli, nie posprzątali, czy co tam...

Wiedziałem, że mistrzowi Albertowi nie tyle chodzi o zachowanie porządku na miejscu zbrodni, ile o to, by się mnie pozbyć na czas rozmowy z margrabiną. Rozmowy, na której zostanie przecież ustalona wysokość honorarium.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj