Fragment książki "Pensjonat"
Pani z Polski? To w Polsce jeszcze są Żydzi? Kuzyn Jakow zawiózł mnie tam swoim subaru, dawno temu, zaraz po szabacie.

Pokój na pierwszym piętrze był całkiem spory, choć mniejszy, niż się wydawało w pierwszej chwili. Raptem cztery-pięć kroków od drzwi do okna, trzy-cztery od szafy do taboretu z miską i przyborami do mycia. Pokój jak pokój, czego się spodziewać w domu wczasowym tej kategorii? Wszystkie pokoje jednakowe, z widokiem na ogród lub na podwórko. Na ogród lepiej. I widok ładniejszy, i przyjemniej, bo nie czuć od kuchni, a w nocy nie słychać, jak pies szczeka na sąsiedniej posesji. Ten jednak miał w sobie coś niepokojącego. Oglądany przez dziurkę od klucza zwężał się, jak kalejdoskop, ku oknu, a właściwie ku drzwiom balkonowym, tak szerokim, że mimo gęstych firanek całe wnętrze wypełniało się mocnym, popołudniowym słońcem. Zwyczajny prostopadłościan, chociaż trochę krzywy, widocznie murarz nie zapanował kiedyś nad pionem i poziomicą. Boczne ściany, pomalowane bladożółtą klejową farbą bezskutecznie starającą się pokryć liszaje narosłe na warstwach poprzednich, nieznacznie pochylały się ku sobie, jakby ich skrywanym pragnieniem było kiedyś, w przyszłości runąć na mieszkającego tu człowieka. Ale bliższe w czasie niebezpieczeństwo groziło chyba ze strony żyrandolika zbitego z drewnianych klocków, w które wkręcono dwie słabe żarówki – umocowany u sufitu nie od wczoraj, chybotał się niepewnie, poruszany powietrzem dostającym się do środka przez uchylony lufcik. Zresztą, niechby spadł, i tak nie ma z niego pożytku, światło takie, że oczy można stracić do reszty. Człowiek ma kłopoty z czytaniem, co otworzy książkę, to spać mu się zachciewa. A znowu jak zaśnie, to się zaraz budzi, bo duszno albo przeciwnie, zimno jak w psiarni. I tak w kółko.

Żelazne łóżko nakryte wełnianym kraciastym kocem, w czerwono-szarą kratę, nieco przetartym od składania w kostkę przez te wszystkie lata, i ozdobionym w rogu fioletowym nadrukiem „Dom wypoczynk...”. Drugi, podobny, tyle że w barwach sino-brunatnych, wystawał spod niewielkiej poduszki obleczonej w białą poszewkę z takim samym napisem, wykonanym zielonym tuszem. W domach wczasowych poduszki zawsze są ciut za małe, jakby obsługa żałowała gościom tych kilku piórek czy kłębów waty. Waty najpewniej, bo pierze drogie. Kiedyś piernaty dawano pannie młodej na wesele. Cała rodzina się na nie składała. Żeby młodzi mieli miękko, kiedy już będą razem. A teraz? Lekarze mówią, że wielka poduszka niedobra jest na kręgosłup i lepiej spać na płaskim. Ale na płaskim człowiek zawsze zdąży się wyspać. Za wszystkie czasy się wyśpi!

Pani Tecia stanęła na środku swojego królestwa. Drobna, prawie niewidoczna, niewiele wyższa od stołu, na którym walały się buteleczki z lekarstwami i góry gazet. Gazety opisane na marginesach. Jak u nas w domu. Tysięczne paczki, każda zawiązana sznurkiem, z metryczką z papieru w kratkę: styczeń, luty, marzec, kwiecień..., poprzedni rok i paczka sprzed trzech lat. Ich właścicielka ginęła w tym gąszczu, coraz mniejsza, z czarną lupą, przez którą usiłowała odcyfrować niegdysiejsze zapiski. Domowe archiwum, zakurzone pryzmy pożółkłego papieru, utykane wszędzie, gdzie tylko się da. Ważne artykuły! Całe życie zbieractwa. Porcelanowe serwisy. Skarby nigdy nie używane. Szkoda używać, ale szkoda wyrzucić, jeszcze może się przydać, nie teraz, to kiedyś. A wiadomo, co będzie? Nie jesteśmy bogacze, żeby marnować. Elektroluks z mosiężnym okuciem i gumową rurą, martwy od czterdziestu lat. Zardzewiały czajnik, dziurawy materac zwinięty w rulon i wepchnięty na pawlacz, kożuch zjedzony przez mole, zaszyty w kawał prześcieradła. A na dnie zielony babciny mundur Wojska Polskiego i furażerka z orzełkiem, którą miała na fotografii. Szmaty w paczkach, posortowane: len i bawełna, nylon i stylon. Do uszycia, a te gorsze do gręplowania. A także rzeczy zimowe i letnie w osobnych tekturowych walizkach, nigdy nie otwieranych, bo i po co? I włóczka na swetry, siedlisko moli, które bezszelestnie wylatywały z różnokolorowych kłębków, robiły kilka nerwowych kółek nad pakamerą i zaraz wracały do swoich wełnianych siedzib, zniechęcone smrodem naftaliny i gałązek bagna. Przedmioty żywotniejsze od ludzi. Teraz opuszczone. Kto je pochowa, żeby nie poniewierały się na jakimś śmietniku? Grzebie się święte księgi, czemu nie wyprawić pogrzebu parze znoszonych butów? Podobno Mendel z Kocka tak robił.

Pani Tecia rozłożyła bezradnie ręce i łapczywie nabierała powietrza, jakby każdy jej oddech miał być ostatnim.

- Widzisz, jak my tutaj mieszkamy? Ja ci mówię, to jest nie do wytrzymania. Płaci się tyle i co? Odkłada się cały rok, a potem trzeba chodzić na korytarz, żeby zrobić siusiu. I wieje, te okna nie są szczelne, mieli zrobić, ale nic nie ruszyli, na starych ludzi zawsze szkoda wydawać pieniądze. Lepiej sobie pałac zbudować, jak ta z kuchni. Ale ja ci mówię, ja nie narzekam i babcia twoja też nie narzekała. Ja nie jestem żadna burżujka! W naszym pokoleniu nie było zwyczaju kaprysić, człowiek się cieszył, jak miał cokolwiek. Ty wiesz, jak trudno dostać pojedynczy pokój? Szrajerowa się starała, Marysia Fuksowa - i nic. A mnie się w tym roku trafiło! Doktor Askanas mówi, że to żadne salony, że klitka i bez łazienki. Pani się przecież należy, za wysługę lat, on się śmieje. Ale powiedz, po co mi więcej? Siadaj, masz krzesło. Taki tutaj bałagan!

A jednak coś ich tutaj ciągnęło. Do tego obskurnego domu wypoczynkowego z wiecznie odpadającym tynkiem? Byli u siebie. Przynajmniej tutaj, za płotem. To nie taka prosta i bagatelna rzecz, tak być u siebie. Nie każdemu dana. Tak mówił pan Chaim. Nigdy nie jesteśmy u siebie, zawsze w drodze, jak na tej tylnej płaskorzeźbie na pomniku bohaterów getta, gdzie rabin z Torą prowadzi lud. A inaczej po co by Mojżesz wychodził z Egiptu? Źle mu tam było? Teraz może jest lepiej?

Usiadłem przy stole. Pani Tecia na łóżku.

- Widzisz? – wskazała na ścianę. – To od Bronki. Ładne.

Brązowa grafika. Jerozolima. Montefiore. Pejzaż z wiatrakiem i hotelem King David. Pokraczne domki i blankowane mury. Joel Rohr, grafik, Jemin Mosze. Mówił po żydowsku, więc babcia mogła się z nim dogadać. Pani z Polski? To w Polsce jeszcze są Żydzi? Kuzyn Jakow zawiózł mnie tam swoim subaru, dawno temu, zaraz po szabacie. Kuzyn Jakow jest religijny, jak cała rodzina. Przyjedziesz, znajdziemy ci szkołę, nauczysz się hebrajskiego. Co będziesz tam robił? Pisać możesz i tutaj. Stare Miasto i Góra Syjon, podświetlone pomarańczowymi reflektorami. Zbliżał się Tisza beAw, post na pamiątkę zburzenia Świątyni. A wokół mocna woń bukszpanu, mirtu i rododendronów, do zawrotu głowy. I jeszcze szum cykad i szelest ogrodowych zraszaczy w nagrzanym po całym dniu powietrzu. Latem nawet wieczorem ciężko o wietrzyk. Do dziś pamiętam ten pierwszy widok i tamten zapach, choć stałem później w tym miejscu przy wiatraku może i pół setki razy.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj