Recenzja książki: Mia Couto, "Lunatyczna kraina"
Mozambijski sennik
Losy okaleczonego piętnastoletnią wojną domową kraju

"Lunatyczna kraina” to powieściowy debiut piszącego po portugalsku Mozambijczyka Mii Couto, a zarazem pozycja słusznie uważana za najważniejszą w jego dorobku. Wspaniała tradycja oralna – właściwie każdy bohater, którego spotykamy na kartach książki, ma do opowiedzenia jakąś niesamowitą historię – miesza się tu z brutalną rzeczywistością, a świat wyobraźni i snu przenika się z głodem, scenami w obozach uchodźców i wojną domową. Świat ten poznajemy oczami dwóch młodzieńców: Muidingi, pragnącego odszukać swoich rodziców i własną tożsamość, a także Kindzu, którego zapiski Muidinga odnalazł przypadkowo w spalonym furgonie, przemienionym na tymczasowe mieszkanie.

To powieść bardziej afrykańska od dzieł rdzennego Kongijczyka Alaina Mabanckou, mimo że Couto jest przecież potomkiem białych kolonistów. „Lunatyczna kraina” odzwierciedla bowiem rodzaj umysłowości nieskażonej racjonalnością Zachodu. Choć uważa się Couto za spadkobiercę tradycji realizmu magicznego, to bliżej mu do współczesnych katastrofistów, szczególnie do Cormaca McCarthy’ego. Z jego „Drogą” łączy „Lunatyczną krainę” – obok motywu wędrówki – apokaliptyczna wizyjność, wyrażona przez jednego z bohaterów w tych słowach: „Jesteśmy ostatnimi żywymi. Po nas nie będzie już świata, który mógłby kogokolwiek przyjąć”.

Na uwagę zasługuje również świetny przekład Michała Lipszyca, który jak najwierniej próbował oddać wykoślawiony, oryginalny język Couto, bogaty w neologizmy i metafory (np. „chybostał się” czy „niebolśniewające”). Język ten współgra z losami okaleczonego piętnastoletnią wojną domową kraju.

Mia Couto, Lunatyczna kraina, przeł. Michał Lipszyc, Karakter, Kraków 2010, s. 298

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj