Fragment książki "Diabły z Loudun"
Bogiem a prawdą, proboszcz był trochę zawiedziony. Ech, co go podkusiło, dlaczego nie poprzestał na wdowie?

Siedzieli w tym samym pokoju, lecz nie w tym samym wszechświecie. Philippe, już nie dziecko, lecz jeszcze nie kobieta, przebywała w różowym przedsionku fantazji, usytuowanym gdzieś pomiędzy niewinnością a doświadczeniem. Nie w Loudun było jej miejsce, na pewno nie wśród wszystkich tych megier, nudziarzy i gburów, tylko u boku jakiegoś bożka w prywatnym Elizjum; jej, przeobrażonej blaskiem wschodzącej miłości oraz imaginacyjnego seksu. Te jego ciemne oczy, te wąsiki, te białe, wypielęgnowane dłonie – wszystko to prześladowało ją niczym wyrzuty sumienia. A jaki bystry rozum, cóż za głębia wiedzy! Prawdziwy archanioł, równie mądry jak piękny, równie łaskawy jak mądry. I do tego uważał ją za inteligentną dziewczynę, wychwalał jej piękność, i nade wszystko patrzył na nią takim szczególnym wzrokiem. Czyżby...? Lecz nie, nie, już takie myśli zakrawały na świętokradztwo, były grzechem.

Jakże jednak ona, Philippe, mogła się z nich wyspowiadać – jemu? Toteż skupiła całą uwagę na łacinie.

Turpe senex miles, turpe senilis amor

Jednak po chwili owładnęła ją gwałtowna tęsknota. W jej wyobraźni wspomnienia tych nieokreślonych przyjemności skojarzyły się nagle z tym wszystkowidzącym spojrzeniem, z tymi białymi, a jednak porośniętymi włosem rękami. Zadrukowana stronica zafalowała jej przed oczami; Philippe zawahała się i zająknęła. „Plugawy stary weteran” – wykrztusiła wreszcie. Grandier uderzył ją lekko linijką w dłoń i oświadczył, że ma szczęście, iż nie jest chłopcem, bo gdyby chłopcu przytrafił się taki błąd, on, Grandier, musiałby zastosować bez porównania surowsze środki. Machnął w powietrzu liniałem. Tak, bez porównania surowsze. Philippe zerknęła na niego, po czym szybko odwróciła łowę. Jej policzki poczerwieniały.

Françoise, mocno już osadzona w prozaicznym i wypranym ze złudzeń szczęściu udanego mariażu, dostarczała siostrze informacji z pierwszej linii małżeńskiego frontu. Philippe słuchała z zainteresowaniem, wiedząc jednak, że jeśli chodzi o nią, wszystko zawsze będzie inaczej. Marzenie przedłużało się, nieustannie obrastało wciąż nowymi szczegółami. W pewnej chwili zaczęła sobie wyobrażać, że jest gospodynią proboszcza i mieszka na plebanii. Potem proboszcz awansował na stolicę biskupią w Poitiers, a jego pałac połączył z jej domkiem na przedmieściach podziemny korytarz. Albo inaczej: otrzymała w spadku sto tysięcy srebrnych koron, toteż on mógł zrzucić sutannę i odtąd zaczęli dzielić czas pomiędzy dwór królewski a ich wiejską posiadłość.

Zawsze jednak, prędzej czy później, powracała do rzeczywistości; powracała wtedy ponura świadomość, że ona sama nazywa się Philippe Trincant, on zaś jest wielebnym curé; że nawet jeśli ją kocha (a doprawdy nie miała powodów, by tak sądzić), przecież nie wolno mu jej tego wyznać, a gdyby, co nieprawdopodobne, jednak do tego doszło, jej, Philippe, powinnością zawsze będzie zatkanie uszu. Tymczasem jednak jakież to cudowne uczucie wyobrażać sobie – nad szyciem, nad książką, nad tamborkiem do haftowania – niemożliwe! A potem ta przejmująca bolesna radość, gdy słyszy jego stukanie do drzwi, jego kroki, jego głos! Ów wspaniały rytuał, niebiańskie purgatorium: siedzieć obok niego w bibliotece ojca, tłumaczyć Owidiusza (specjalnie popełniała błędy, żeby groził jej karą cielesną), słuchać jego głębokiego, dźwięcznego głosu, gdy opowiadał jej o kardynale, o buntowniczych protestantach, o wojnie w Niemczech, o poglądach jezuitów na łaskę uprzedzającą i o własnych perspektywach na awans. Gdybyż wszystko to mogło trwać wiecznie! Pragnienie to przypominało jednak (dlatego, że madrygał tak pięknie się kończy, że światło zmierzchu zmienia wszystkie przedmioty, nadając im nieporównywalnie więcej uroku), przypominało jednak żądanie, żeby słońce zachodziło nieustannie, żeby można było stale doświadczać tego zapadania się w wieczność. Poniekąd czuła, że sama się oszukuje, w zamian jednak za kilka błogich tygodni potrafiła przekonać sama siebie, odsuwając na bok rozum, że oto życie zatrzymało się w Raju i że już tam pozostanie.

Było tak, jakby przepaść dzieląca fantazję i rzeczywistość nagle przestała istnieć. Realne życie i jej marzenia zespoliły się na chwilę w jedność. Wytwory jej wyobraźni przestały już być pokrzepiającym przeciwieństwem faktów: stały się z nimi tożsame. Philippe odczuwała rozkosz, była to jednak, tłumaczyła sobie, rozkosz bezgrzeszna, bo nasycona takim spokojem, tak doskonale duchowa; rozkosz niebiańska, rozkosz, której mogła ulec całą sobą, całym sercem, bez obaw i samooskarżeń. Im zaś głębiej zatracała się w tej rozkoszy, tym bardziej ta rozkosz przybierała na sile, aż wreszcie Philippe nie mogła już dłużej milczeć. Pewnego dnia wspomniała o swoich przeżyciach, klęcząc w konfesjonale – oczywiście bardzo ostrożnie, nie dając poznać Grandierowi (tak przynajmniej sądziła), że przyczyną jej uczuć jest on sam.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj