szukaj
Fragment książki "Dzienniki, t. II: 1956-1963"
Józio jest żywy i młody, strasznie mi go żal i pochylam się ku niemu. Dotykam jego jedynej, zgiętej w kolanie i owłosionej nogi.
Wyd. Czytelnik/Materiały prasowe

20 listopada 1961

Muzyka, muzyka...

Chciałem w Rzymie pójść na film Aimez-vous Brahmsa – ale Parandowscy mnie odmówili. Tak tego żałuję, wczoraj słyszałem piosenkę z tego filmu, zrobioną przez Aurica z Allegretta trzeciej symfonii Brahmsa. Ta melodia dla mnie tak pamiętna z tego wieczora, kiedyśmy się upili z Jurkiem i Austriakiem – i już nigdy nie będę wiedział, co to była za historia? – i potem był koncert symfoniczny, i Romek [Totenberg] grał I Koncert Karola, a Rowicki dyrygował tą symfonią – i potem ta melodia dźwięczała mi w uszach przez wiele, wiele dni – w Rabce jeszcze, w tych pustych i dziwnych dniach początku 1958 roku.

A dzisiaj znowu Szeherezada Rimskiego. Hania się rozczulała, bo jej się przypomniało mieszkanie na Górnej i to, jak graliśmy to na cztery ręce. A mnie przypomniały się o wiele, wiele dawniejsze czasy, mieszkanie na Kuźniecznej – to z 1913/14 roku – i ten mój pokój tam, długi z pianinem, i moje drewniane łóżko tam – i ta epoka, kiedy przede mną melodia III części Szeherezady otworzyła sezam bajkowy. I przypomniał mi się Józio Św[ierczyński], i cała historia tej długoletniej i tak dziwnej przyjaźni, to wszystko, co z sobą przeżyliśmy, na pół świadomi istoty tego stosunku. Jakiż on był piękny w tym husarskim mundurze, i Byszewy, i te wieczory, kiedy on przychodził właśnie na Kuźnieczną i potem zostawał na noc, bo było za późno wracać na Małą Włodzimierską. Nigdy go nie kochałem, ale byłem tak przywiązany, aż do Wilna w 1938 roku, do ostatniego spotkania u George’a. To wszystko: Szeherezada, Józio, jakiś niedostępny świat „wielkiego życia” – wszystko to zlało się potem w jedno w Ucieczce do Bagdadu. To była po prostu młodość.

 

25 listopada 1961

Mój sen parę dni temu:

Zajechałem przed ganek w Byszewach i ktoś mi otwiera drzwi, widzę w głębi kuchnię i kucharza, i jakichś państwa. Pytam o Józiów Świerczyńskich, ktoś mi wskazuje na drzwi na prawo, już we wnętrzu domu, zaopatrzone w dzwonek elektryczny. Naciskam dzwonek i długo dzwonię. Drzwi są oszklone i zaciągnięte firaneczkami. Ktoś mi się przypatruje przez firankę i wreszcie otwierają drzwi. Wnętrze to dawna jadalnia w Byszewach (przed 1913 rokiem), przy stole siedzi duże towarzystwo, przewodniczy mu Zosia Św[ierczyńska], która jest jednocześnie Helą. Wita się ona ze mną i bardzo się cieszy z mojego przybycia. Pijemy wino z wysokich kieliszków i coś jemy. Bardzo mnie dziwi nieobecność Józia, ale nic nie mówię. Wreszcie wszyscy wstają od stołu i wychodzą, nie przez te drzwi, przez które ja przyszedłem.

Gdy już wszyscy wyszli, spostrzegam, że za siedzeniem Zosi stoi wysokie łoże, na którym, otoczony prześcieradłami, leży Józio. Jest on półnagi, ale widać, że ma odkrajane pół ręki i pół nogi, i ma tylko kikuty, głowa odchylona w tył i podwiązana białym bandażem (tak jakby była odcięta). Wszystko razem robi wrażenie uszkodzonego starożytnego posągu. Ale Józio jest żywy i młody, strasznie mi go żal i pochylam się ku niemu. Dotykam jego jedynej, zgiętej w kolanie i owłosionej nogi. A on patrzy na mnie i wysypuje z jedynej zdrowej dłoni szereg blaszek, podobnych do tych, co przybijają na trumnach: blaszki są czarne z białymi napisami. Blaszki wyślizgują się jedna za drugą.

Pytam: – Co to jest?

A on odpowiada:

– To spis szkół kijowskich w naszych czasach.

 

Praga, 4 grudnia 1961

Wczoraj przedstawienie Wesela pana Balzaka, w tych okolicznościach jak gdyby nowa premiera. To nie jest dobre przedstawienie. U najlepszych aktorów (Madaliński, Pietraszkiewicz) skłonność do szarży i nieoczekiwanych gierek. Sztuka jest dobra. Oczywiście parę drętwych sloganów trzeba by skreślić. Ale rzecz zadziwiająca, trzy lata ledwie minęło – a już ulotniły się dla mnie ze sztuki „jurkowe” znaczenia. Już nie mam tego wrażenia, co za pierwszym razem, że wszystko, każde powiedzenie jest z tamtej sprawy i że wszystko jest rozgrywką: Lilka, Jurek i ja. Oczywiście zostały takie powiedzenia, jak „dobrze, że było” i „wszystko jak chcesz” – ale sama esencja zwietrzała. Tak szybko ulatnia się aktualność. Zostaje to, co jest nadbudową – i teraz to już mnie tak nie wzrusza. Madalińskiemu skreślono w drugim akcie najmocniejszy ustęp. Hańcza4 jest osioł – swoją drogą.

Sensacyjna propozycja Jerzego Jasieńskiego, abym objął dyrekcję Teatru Polskiego! W najśmielszych snach nie przychodziło mi to do głowy. Gdyby to lat dziesięć temu!!

 

Stawisko, 13 grudnia 1961

Co za szczęście jednakże móc powrócić za każdym razem do mojego gabinetu. Pokój ten z każdym rokiem staje się bardziej naładowany. Mówię nie tylko o książkach, które mnożą się przeraźliwie, czekając na nową wojnę, ale i o atmosferze, stającej się coraz bardziej wyładowaną. Czym? Ciszą, powietrzem, wspomnieniami, życiem. W tym momencie, kiedy odstąpiły ode mnie wszystkie namiętności – w niebieskim cieniu za oknami, w chmurach, które wraz z żyłkowaniem gołych brzozowych gałązek stanowią na szybach deseń witraży, w moich obrazach, w nieładzie biurka – odnajduję spokój i siły. Tu można zapomnieć o jarmarku i nonsensach Pragi, o zgiełku i bezładnym społeczeństwie „literatów” ze zjazdu katowickiego, odrzucić jednym słowem wszystko, czym się pozornie przejmuję. Tutaj zostaje „nagie” życie – ale jaki jest sens tej nagości?

Olbrzymia niewiedza ogarnia cię w tej ciszy, potężna i kołysząca. Świadomość, że się nie pozna niczego – ani świata, ani siebie – to znaczy, że tylko siebie. Nigdy mi się bardziej bezsensowną nie wydaje maksyma Kartezjusza cogito ergo sum, jak w tym pokoju. Sum ergo cogito – nie lepsze. Cogito? Czy to znaczy ten strumień skojarzeń, który bezprzestannie cieknie we mnie jak przybrudzony film, film „z deszczem”? Czy bezładnie biegnące skojarzenia obrazów – to jest myśl? Przerażające doświadczenia starca, który po zachwytach i porywach – zostaje nad rozbitym korytem. I to przeświadczenie, iż koryto owo było zawsze rozbite i że złudzeniem były uroki, w które się je stroiło. Ale jednak cisza i wypoczynek są tutaj, są istotne – jak przeczucia wiecznej ciszy, wiecznego wypoczynku i wiecznej nieświadomości.

 

14 grudnia 1961

Skończyłem Sławę i chwałę. Nikogo nie ma przy mnie, komu bym to mógł powiedzieć. A jakiż to ciężar.

Okropna awantura ze Słonimskim i z tym jego poemacidłem. Jakież to mizerne.

 

24 grudnia 1961

Jest gdzieś kraina Alabama, gdzie noce są zawsze ciepłe i konie prychają w nocy, i strzemiono uderza o strzemiono srebrnym dzwonkiem, i ludzie są piękni, młodzi (zawsze młodzi) i szczęśliwi. Grają tam Ravela (i Sicilianę Faurego), śpiewają kolędy, te wesołe, i dużo kwiatów rośnie na stepie. I nie ma tam starych i samotnych ludzi. I nie ma tam serc gorących, które na próżno biją, i jeżeli ktoś chce miłości – zawsze ma miłość. Brzmienie gitary na stepie, tupoty kopyt i wszystko takie proste, zwyczajne i nieskomplikowane.
I nie ma żadnych świąt.

***

Redakcja i wstęp Andrzej Gronczewski. Redakcja, opracowanie, przypisy i indeks Agnieszka Papieska. Opracowanie i przypisy Robert Papieski, Radosław Romaniuk. Wydawnictwo Czytelnik 

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj