Recenzja książki: Annie Dillard, "Pielgrzym nad Tinker Creek"
Po przeczytaniu zatęsknisz za wsią
Po lekturze każdy mieszczuch chciałby się natychmiast przeprowadzić na wieś

Po trzech dekadach wreszcie trafił do nas z Ameryki „Pielgrzym nad Tinker Creek” Annie Dillard. Ten nagrodzony Pulitzerem zbiór esejów powstał, gdy autorka zamieszkała nad strumieniem Tinker u podnóża Apallachów. A że, jak sama pisze, „nabyta z wiekiem duma nie odwiodła jej od pierwotnego zamiaru zbadania okolicy i znalezienia odpowiedzi na pytanie – co to za miejsce, na które jesteśmy skazani”, otrzymujemy literacki zapis jej spacerów po dziewiczych lasach. W ten sposób Dillard dołącza do szacownego grona pisarzy-piewców geografii lokalnej, wśród których są m.in. Julien Gracq („Bliskie wody”) i klasyk Henry David Thoreau. Bliski kontakt z naturą skłania Dillard do rozważań filozoficznych o granicach poznania świata, ewolucji, religii, czasie i śmierci.

To książka z rodzaju tych, po przeczytaniu których każdy mieszczuch podejmuje decyzję o natychmiastowej przeprowadzce na wieś. Początkowo trudno oprzeć się urokowi tej literatury i nic dziwnego, że „Pielgrzym” stał się swoistą biblią całych pokoleń ekologów. Niektóre z esejów są naprawdę błyskotliwe („Widzenie” o ułomności ludzkiego postrzegania świata), a większość – kojąca i krzepiąca. Ze szczegółowych opisów drzewka żółtnicy pomarańczowej czy zwyczajów mrówek powstaje pean na cześć natury i życia. Po kilku godzinach lektury ciągnące się na wielu stronicach obserwacje leśnej przyrody zaczynają jednak nużyć, a niektóre konkluzje – na przykład że świat jest brutalny i nieobliczalny – porażają oczywistością.

Annie Dillard, Pielgrzym nad Tinker Creek, przeł. Maciej Świerkocki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 405

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj