Recenzja książki: Łukasz Orbitowski, "Nadchodzi"
Spacer z widmami
Sztafaż rodem z konwencji grozy? Jest całkiem profesjonalny.

Łukasz Orbitowski lekko i naturalnie przekracza granice gatunków. Dlatego nieco się krzywi, kiedy go spytać, czy jest pisarzem z kręgu fantastyki. Nie ma wątpliwości, że uważniej czytał Allana Edgara Poe niż Tolkiena czy Chandlera. Jedno jest pewne: wszystkie historie zamknięte w tomie „Nadchodzi” można nazwać opowiadaniami grozy, choć czasem to bardziej opery, fantazje historyczne, innym razem dramaty psychologiczne. Łączy je coś jeszcze: przejrzystość, oszczędność środków. Zwykle bazują na jednym, spokojnie prowadzonym pomyśle.

Są kameralne, dyskretnie stopniują napięcie, naturalnie się rozładowują. Tworzą zamknięte, elegancko dopracowane foremki. Ich zagadkowa sugestywność bierze się z dbałości autora o stosowną atmosferę. Widma żyją tu na tych samych prawach co ludzie, bo oba światy – rzeczywisty i ukryty – swobodnie się przenikają. Bohaterowie krótko opierają się tej niepokojącej wiedzy. Podobnie jak tutejsze widma są postaciami pełnymi słabości, lęków i często znajdują się w granicznej sytuacji życiowej: w poczuciu, że przegrali życie lub że nigdy nie umieli żyć. To dlatego przejmujemy się ich losami: każdy z nas ma czasem wrażenie, że popada w obłęd, a życie zwyczajnie wymyka nam się z rąk.

Autor pisze w taki sposób, że historie pozwala nam czytać także jako metafory. A sztafaż rodem z konwencji (grozy)? Jest całkiem profesjonalny: znikające pokoje, upiorne watahy dzikich psów, anioły, nawiedzone szpitale. Ale pod spodem – zupełnie realne dramaty, dobrze rozegrane. Orbitowski potrafi opowiadać historie, co w czasach literackich wyścigów na książki konceptualne i „lansu na Masło” wydaje się jasne i dobre.

Łukasz Orbitowski, Nadchodzi, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010, s. 404

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj