Recenzja książki: Mariusz Sieniewicz, "Miasto szklanych słoni"

Targowisko opowieści
Jak w literackiej sieczkarni: zdania mieszają się, by ostatecznie wywieść czytelnika w pole.

Jedni pisarze wydają kolejne powieści w podobnym duchu. Inni eksperymentują. Do tych ostatnich należy Mariusz Sieniewicz. „Miasto szklanych słoni” to książka, do której łatwo zgubić klucze. Mamy tu rzecz o surrealnym mieście, którym rządzi logika snu i rytuał snucia opowieści. Centrum wszelkich czarów jest szpital, w którym leczy się „dotykiem wyobraźni”. Owym rytuałom patronuje Tęczowa Wieloródka, „bogini płodnej widzialności”.

Ale nie fabuła jest tu najistotniejsza. Sieniewicz zmyślnie bawi się postmodernizmem, pokazując, co by się stało, gdybyśmy dosłownie potraktowali przykazanie o równouprawnieniu wszystkich wizji i interpretacji świata. Dostajemy show (szał) zwariowanych pomysłów i wariackich akcji, szczęśliwie podszytych żartem. Sieniewicz mruga do nas i mówi – bawię się z wami, ha! ha!, ta literatura to gra, przyłączcie się do ekstatycznej wielogłosowości i snujcie swoją opowieść. Powieść tę można czytać także jako rzecz o mechanizmach wyobraźni, technikach komponowania historii. Pisarz byłby w takim razie Wielkim Selekcjonerem, nad którym bohaterowie przejmują kontrolę, a on pozwala im mówić, prowadzić swoje wątki dokądkolwiek.

Sieniewicz wymaga przy tym od nas skupienia, narracje przenikają się, wątki gonią w piętkę, postacie mnożą się – czytelnik zaczyna się czuć zmęczony. Połamane rytmy tej prozy, kanciaste zdania potęgują wrażenie językowego patchworku. Czytelnik, który odnajdzie swoją ścieżkę w tym labiryncie, poczuje się jak na targowisku opowieści, z których może wybrać dla siebie te najpiękniejsze. Ten mniej zdeterminowany poczuje się jak w literackiej sieczkarni, gdzie zdania i historie kruszą się, mieszają, by ostatecznie wywieść czytelnika w pole.

Mariusz Sieniewicz, Miasto szklanych słoni, Znak, Kraków 2010, s. 254

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj