Recenzja książki: Paul Veyne, "Początki chrześcijańskiego świata (312–394)"
Religia, która nie musiała zwyciężyć
Chrześcijaństwo - religia, której się udało?
Wyd. Czytelnik
materiały prasowe

Wyd. Czytelnik

Wejście chrześcijaństwa w krąg polityki władców cesarstwa rzymskiego to wydarzenie doniosłe nie tylko z perspektywy dziejów tego imperium czy wspomnianej religii, lecz także z punktu widzenia historii Europy i świata. Fakt ten był oceniany rozmaicie: jako cios zadany cesarstwu i jego kulturze (znana teza Edwarda Gibbona), jako zguba dla pierwotnego – duchowego – Kościoła (ocena średniowiecznych herezji dobrowolnego ubóstwa) lub, już pozytywnie, jako impuls dla rozwoju nowej, chrześcijańskiej, cywilizacji.

Odpowiedzi na pytanie, dlaczego cesarstwo rzymskie stało się chrześcijańskie, podjął się francuski historyk starożytności, współpracownik Michela Foucaulta, Paul Veyne w jednej z ostatnich pozycji pt. "Początki chrześcijańskiego świata (312–394)" (wydanie oryginalne: 2007). W swojej książce, wielowątkowej i bogatej w dygresje, skupia się on przede wszystkim na trzech zagadnieniach: nawróceniu się cesarza Konstantyna, dwubiegunowości religijnej imperium w IV wieku oraz na chrystianizacji społeczeństwa po zwycięstwie politycznym religii Chrystusa.

Nawrócenie się Konstantyna w 312 roku (co nie oznaczało jego chrztu, który przyjął dopiero przed śmiecią) wiązało się z dwoma wydarzeniami. Pierwszym był sen w noc poprzedzającą bitwę przy moście Mulwijskim (w pobliżu Rzymu), w którym chrześcijański Bóg obiecał mu wiktorię, jeśli ten oficjalnie uczci jego religię. Drugim zaś samo zwycięstwo, które odniósł nad Maksencjuszem, rywalizując z nim o Italię. Veyne, przypisujący owemu nawróceniu (kaprysowi – jak niekiedy o nim mówi) kluczową rolę w schrystianizowaniu imperium, próbuje wyjaśnić przyczyny tej decyzji. Twierdząc, że trudno wyjaśniać konwersję Konstantyna jedną tylko przesłanką (na przykład dobrze skalkulowanym interesem politycznym), pisze że: „ostateczne motywy wszelkiej konwersji są nieprzeniknione, tkwią w jakiejś zamkniętej na cztery spusty «czarnej skrzynce»”, s. 75. Autor podkreśla dalej, że Konstantyn, osobowość wielkiego formatu, władca, ale i wizjoner dostrzegł w chrześcijaństwie fenomen cywilizacyjny o wielkim potencjale. Jego najważniejszymi składowymi były miłość jako podstawowa wartość, Jezus Chrystus jako szczególny autorytet, kosmiczny plan zbawienia, w którym miejsce miał każdy człowiek, a także Kościół jako swego rodzaju kontrspołeczeństwo. Tak więc nawrócenie się Konstantyna było równoznaczne z „postawieniem” przez niego na chrześcijaństwo, czyli ze wsparciem pewnego projektu cywilizacyjnego całą organizacją polityczną imperium.

Kolejne zagadnienie, przy którym zatrzymuje się dłużej francuski historyk, to dwubiegunowość religijna cesarstwa. Polegała ona na tym, że właściwie aż do 394 roku, czyli do bitwy nad rzeka Frigidus (dzis. pogranicze włosko-słoweńskie), wyznaczającej ostateczny triumf polityczny chrześcijaństwa nad religią grecko-rzymską, obie wspomniane tu religie współistniały ze sobą Jednak ta koegzystencja była szczególnego rodzaju. Chrześcijaństwo będące wyznaniem kolejnych cesarzy nie stanowiło bowiem religii większości, choć było przez władców faworyzowane. Co więcej, jak twierdzi autor, nawet na początku 2. połowy IV wieku nie zostało jeszcze przesądzone, że następni cesarze będą chrześcijanami, a więc że popierana politycznie chrystianizacja odniesie sukces.

Mówiąc o nawracaniu społeczeństwa imperium, trwającym jeszcze przynajmniej stulecie po zwycięstwie politycznym religii Chrystusa, Veyne podważa powszechne przekonanie, że monoteistyczne chrześcijaństwo było potrzebne zreformowanemu cesarstwu jako nowa ideologia. Twierdzi mianowicie, że społeczne posłuszeństwo dla władcy i władzy nie opiera się na ideologii czy doktrynie religijnej, lecz na praktycznej akceptacji pewnego porządku polityczno-społecznego. Pisze o tym następująco: „Posłuszeństwo i uczucia monarchiczne nie rodzą się z perswazji czy z propagandy; są wpajane po cichu przez socjalizację i środowisko – habitus, jeśli kto woli. Naprawdę skuteczne jest tylko milczące oddziaływania środowiska Intelektualizm i indywidualizm przeszkadzają dostrzec niejasną głębię socjalizacji”, s. 143.

Ważny jest ostatni rozdział książki Veyne’a, gdzie autor zadaje w tytule pytanie: „Czy Europa ma korzenie chrześcijańskie?” w związku z bieżącą dyskusją publiczną na ten temat. Odpowiedź na nie łączy on z określoną wizją historii, która stanowi zresztą tło dla wcześniejszych rozważań w omawianym eseju. Francuski historyk odwołuje się tu do dwóch modeli rozwoju zjawiska historycznego. Pierwszy z nich, to rozwój „naturalny”, gdy pewien fenomen tworzy się w sposób od początku określony i celowy, tak jak roślina z nasienia. Drugi to rozwój według zasad epigenezy (termin zaczerpnięty z biologii), czyli przebiegający skokowo, zakładający zerwania i nieoczekiwane zmiany (należałoby chyba powiedzieć, pozostając przy terminologii przyrodniczej: mutacje). Toteż – według autora – tak jak chrześcijaństwo nie musiało zostać religią faworyzowaną przez Konstantyna, a następnie zwyciężyć w rywalizacji z „pogaństwem”, choć ostatecznie związało swoje losy z imperium, tak w epoce Oświecenia drogi chrześcijaństwa i cywilizacji zachodniej – wykorzystując kolejną nieciągłość dziejów – rozeszły się. Trudno zatem mówić – podsumowuje Veyne – że w sensie genezy współczesna Europa jest chrześcijańska.

Na zakończenie wypada zauważyć, że "Początki chrześcijańskiego świata" to książka bardziej „problemowa” niż opisowa, nie stroni także od analogii do wydarzeń z innych epok historycznych (np. do panowania cesarza Asioki, historii Francji, rewolucji radzieckiej), a obok swoich oczywistych zalet faktograficznych pobudza do myślenia, a nawet prowokuje.

Paul Veyne, Początki chrześcijańskiego świata (312–394), przekł. I. Kania, Czytelnik, Warszawa 2009, s. 201

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj