Kawiarnia literacka
Legendy indyjskie
Nie ma takiego kraju jak Indie. Są India Shopy: śmierdzące kadzidełka, Budda odlany byle jak z plastiku i odklejające się bindi.

Tak sobie podśpiewywałam pod nosem ruszając podniebnym pekaesem w stronę Bombaju, a raczej Mumbaju, żeby było politycznie poprawnie. No, ale zobaczymy, co tam mi pokażą, cwaniaki jedne, czym mnie zadziwią. Mnie! Znawczynię miasta takiego i siakiego, orędowniczkę smogu, przeciwniczkę nudnej przyrody. Trochę musiałam spuścić z tonu: na lotnisku skwar, chociaż to druga w nocy. Naganiacze ciągną za rękaw. A pojedź do naszego hotelu, a nasza taksówka najlepsza. Przedstawiciel Instytutu Goethego, który zaprosił mnie na trzytygodniowy pobyt, wywijał kierownicą wzdłuż niekończących się ulic i sunął w stronę Nowego Wspaniałego, ale jakby zabrudzonego Miasta.

A więc to są slumsy. Widziałam je w telewizji, a to, co się widziało, to już nieciekawe. Na oscarowym hicie „Slumdog. Milioner z ulicy” dzieci jadły kurz ze szmaty. Proszę zmienić fototapetę, bo turystka znudzona. Ale co to? Slumsy się ruszają całe, ludzie łażą lub leżą jak rozsypani. A to na ulicy (na środku ulicy!), a to w jakiejś ceracie. Po drodze samochody trąbiły cały czas, myślałam, że się wzajemnie popędzają. Nie, to ich kierunkowskazy. Trąbię, więc jestem. Nie widzisz mnie, to mnie chociaż usłyszysz. Po dwudziestu minutach hałasu, a naprawdę lubię głośną muzykę, trochę bolała mnie głowa. Pocieszałam się, że to przez zmęczenie. Niestety, tak miało być przez najbliższe trzy tygodnie. To jak irytująca melodyjka z komórki, to jak wariaci ścigający się na motorach we wszystkie strony po twojej głowie.

Dotychczasowe zasady rządzące dużymi metropoliami nie miały absolutnie żadnego zastosowania w Mumbaju. Czasami wydawało mi się, że biorę udział w eksperymencie, w którym pewną siebie dziewuchę poddają coraz to nowym próbom. Na przykład przeżycia miejskiego survivalu na stacji kolejowej. Wybrałam się tam raz, w drodze na proszony obiadek do koleżanki.

Kobiecy wagon nie był przepełniony, więc spokojnie siedziałam blisko drzwi rozkoszując się, że jednak drzwi w pociągach nie ma, tylko zamiast nich dziura i wieje. To niesamowite, że po gorącym dniu największą przyjemność sprawia wiatr i woda. Pewnie wymyślił to jakiś sprytny mędrzec, no, wiecie, Sai Baba czy ktoś tam. „Czerpcie radość z najzwyklejszych rzeczy – powietrza, zmierzchu i braku tłoku w pociągu”. W środku bajzel absolutny, mnóstwo ludzi sprzedaje wszystko, co da się przenieść w rozwalającym się pudle osadzonym na głowie. Spinki, jedzenie, lizaki i absurdalne balony w kształcie męskich genitaliów. Gwar, chaos, a pani z głośników ostrzega przed zamachami terrorystycznymi. „Jeśli zobaczysz obok siebie podejrzany przedmiot, bezzwłocznie skontaktuj się z obsługą”. Rozglądam się więc nerwowo, ale wokół tyle śmieci, że nawet klasyczna bomba zawieruszyłaby się wśród starych chusteczek, karaluchów i brudu. Zanim otworzył mi się czakram Zadowolenia z powodu wiejącego wiatru i ogólnej przygody „jestem w Indiach”, podróż dobiegła końca.

Wysiadłam na dworcu Bandra i euforia minęła. Wietrze, wietrze, zabierz mnie z tego piekła. W ciemności oświetlanej gdzieniegdzie lampkami na krawędzi przepalenia tłoczyła się nieprawdopodobna masa ludzi. No przecież niedziela wieczór jest, ludzie, nie macie tam jakichś „Tańców z gwiazdami” do oglądania w domach? Normalnie burdel na kółkach. Nawoływania jak na Kercelaku, nie powtórzę, bo w hindi. Ale pewnie coś w stylu, że mam tu świetne podróbki spodni, tanio, tanio, komu, bo idę do domu. Pod kasami biletowymi usadowił się człowiek, który składał się z dwóch rąk bez dłoni oraz nóg powykręcanych w ten sposób, że siedział na tyłku, a nogi tworzyły nad nim taki parasol. Nie, nie ćwiczył jogi. On tak miał na co dzień.

Przez chwilę podejrzewałam, że ja te postaci wszystkie stworzyłam i nagle zmaterializowały się na zasyfiałym dworcu. Zaraz podszedł do mnie młodzieniec o elegancji prosto z filmów gangsterskich lat siedemdziesiątych i zaczął częstować samosą. Patrzyłam się przez niego dokładnie tak, jakby go nie było. Wyskoczyła grupka eunuchów robiąc zamieszanie, niby tańcząc, niby klaszcząc, ale w taki sposób, że jak nie dasz im rupii, to pożałujesz. To nie queer party, to nie sympatyczne drag queens śpiewające Violę Villas. To uliczni rozbójnicy w damskich ubraniach, o męskich sercach. Nie ma zmiłuj. Chodzą zwykle w kilka osób, wpadają na przykład na wesele czy inną uroczystość i potrafią ją zakłócić, jeśli nie dostaną pieniędzy. Popisowy numer: pokazanie swoich oryginalnych genitaliów.

Naraz rozległy się przez megafon śpiewy. I to nie tak, że pani zapowiadająca pociągi skończyła szkołę muzyczną, tylko obok był meczet. Dokładnie obok dworca, w ogóle go na początku nie zauważyłam, bo ciemno i jeszcze budynek w remoncie obleczony niby-rusztowaniem z bambusów. Kakofonia dźwięków, obok dwie kobiety robiły sobie ze mną zdjęcie, bo białaska przyjechała, ale egzotyka!

Przygoda z dworcem to kwintesencja miasta, w którym przyszło mi mieszkać trzy tygodnie. Ponad 22 mln ludzi stłoczonych jeden na drugim. Krowy łażą, handlarze naciągają, kolesie zaczepiają co chwilę pytaniem, czy mogą pomóc. Pomóc w czym? W chodzeniu? Z jednej strony wypasione budynki jak z Manhattanu, zaraz obok buda dla psa, a nie, bo to czyjś domek. Kobieta, którą poznałam przy okazji robienia wywiadów, uśmiechała się do mnie i kręciła głową: „Nigdy nie zrozumiesz bogactwa tego miasta. I nigdy nie zrozumiesz biedy, która tu panuje. It’s not possible”. Wiedza dla mnie niedostępna.

Po powrocie pytają wszyscy, i jak, podobało się? O tak, mają fajne bazary, dobre jedzenie. I te slumsy. No pozazdrościć tylko. Nawet w Warszawie takich nie ma, nawet w moim – jedynie realnym – mieście.

 

Sylwia Chutnik, ur. w 1979 r., absolwentka Gender Studies, kulturoznawczyni, przewodniczka po Warszawie. Za debiutancką powieść „Kieszonkowy atlas kobiet” dostała w 2009 r. Paszport POLITYKI.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj