Fragment książki "Historia mojego upadku"
Tak naprawdę poza własnym gabinetem i salą operacyjną zdumiewająca większość lekarzy z mojego pokolenia staje się po prostu nadzwyczajnymi jełopami, których horyzonty myślowe wyznacza idiotyczna treść serwisów informacyjnych TVN-u.

Nienawidzę telefonów, pomyślałem w chwili, gdy przenikliwy sygnał poszatkował mój sen na cienkie, bezkształtne kawałki. Prawdę rzekłszy, nie znoszę wielu rzeczy, bez których tak zwany człowiek nowoczesny nie potrafi się obejść, na przykład telewizji, którą zresztą nałogowo oglądam, albo samochodu, z którego jednak, z racji swojego zajęcia, nie jestem w stanie zrezygnować. Ale wśród wszystkich perfidnych wytworów ludzkiej przemyślności, pośród przewrotnych wynalazków mających rzekomo ułatwiać nam życie, w rzeczywistości zaś czyniących je jeszcze bardziej nieznośnym, telefon zajmuje według mnie absolutnie poczesne, niepodważalne, całkowicie odrębne miejsce. Telefon bowiem nie tylko odbiera wolność, nie tylko zniewala człowieka, czyniąc go zakładnikiem czyichś kaprysów lub niepohamowanej gadatliwości, ale bez dwóch zdań jest też, żeby tak powiedzieć, zabójczą machiną balistyczną, katapultą, która bez żadnego umiaru miota w niczego niespodziewającą się ofiarę złe wieści, tragiczne informacje, zamieniając egzystencję każdego z nas w permanentną katastrofę in potentia.

Dzwonek telefonu budzi we mnie autentyczną grozę, powodując, że żołądek kurczy mi się gwałtownie w przeczuciu nadchodzącego nieszczęścia. Za każdym razem, kiedy słyszę długie, przenikliwe jęki, które tną powietrze na długie paski niepokoju, biję się z sobą w myślach, z jednej strony pragnąc jak najszybciej stanąć twarzą w twarz z nową klęską uwarzoną w infernalnym kociołku świata, z drugiej zaś za wszelką cenę chcąc odroczyć to, co nieuniknione. Zwykle udaje mi się zwalczyć pokusę, aby podnieść słuchawkę. Zwłaszcza z samego rana nie mam bynajmniej ochoty stawiać czoła bezzasadnym pretensjom świata. Odwracam się do ściany, po ósmym bądź dziewiątym dzwonku aparat wreszcie milknie. Ale już nie zasnę, nie ma na to najmniejszych szans. Od tej chwili mogę jedynie leżeć, symulując przed sobą zamroczenie i zastanawiając się nad następnym ruchem, jaki powinienem wykonać w rozpoczętej właśnie partii z codziennością. Tak zwana rzeczywistość oczywiście nie próżnuje; rozmieściwszy na makiecie miasta niezbędne rekwizyty, ustawiwszy na swoim miejscu przystanki, budki telefoniczne i kioski z kobiecą prasą, wprawiwszy w ruch autobusy, zwierzęta i obłoki, usiłuje dowieść swej obiektywnej wartości. Uważam, że świat mógłby celebrować swoje istnienie z większą dyskrecją. Na nic jednak moje wysiłki, by go zignorować; po chwili pulsujący brzęczyk ponownie rozrywa na strzępy cienki opłatek ciszy, a zaraz potem z atonalną fantazją dołączają doń żałobne surmy przejeżdżającej w pobliżu karetki. Hałas nie ustaje, w końcu ulegam; prowadzony na powrozie dźwięku staram się zlokalizować porzuconą gdzieś poprzedniego wieczoru komórkę.

Dzwoni Agnieszka, moja siostra, co nieodmiennie zwiastuje kłopoty. Od lat nie mamy ze sobą nic wspólnego, nic o sobie nawzajem nie wiemy, a nawet wiedzieć nie chcemy. Nigdy nie darzyliśmy się uczuciem wykraczającym poza konwencjonalne i narzucone nam odgórnie relacje rodzinne. Na szczęście od momentu, gdy wpadła w czułe ramiona zawodowego sukcesu, niemal jednocześnie powierzając się owłosionym łapskom Huberta, specjalisty od reklamy i zatruwania życia innym, od kilku lat także jej męża, nie musimy rozmawiać ze sobą często. Kiedy jednak, wbrew obopólnym staraniom, nie możemy uchylić się od tego narzuconego nam przez siłę familijnych przesądów obowiązku, wkładamy naprawdę wiele wysiłku, aby nie rozdrażniać się zbyt długą konwersacją. Dlatego, jeśli w ogóle dochodzi między nami do jednej z tych rozmów, które nieodmiennie stają się wymianą niezdarnych zdań, ledwie, ledwie utrzymujących ciężar wzajemnych pretensji, trwa ona tylko tyle, ile jest to w danej chwili absolutnie niezbędne. Zwykle udaje się nam poprzestawać na wymianie błahych, trzeciorzędnych informacji, które znakomicie nadają się do maskowania całkowitej obojętności, z jaką się do siebie odnosimy. To w zupełności wystarcza do podtrzymywania tak zwanych rodzinnych więzi, na które skazali nas rodzice, najpierw ze względu na niefortunny fakt naszego spłodzenia, później zaś wskutek nacisków ze strony matki, która potrafiła i w dalszym ciągu potrafi uciec się do najbardziej bezwstydnego szantażu, byle tylko zmusić nas do pielęgnowania naszych wątpliwych związków. Tym razem chodzi jednak o konkrety – pieniądze – a to wiele zmienia: niewiele jest bowiem kwestii, o których moja siostra potrafi rozprawiać z większą pasją. Mamona to, że się tak wyrażę, jedyna rzecz, która autentycznie rozbudza w niej duszę, duszę sklepikarską co prawda, zawsze to jednak pewna odmiana wobec zwyczajowej w jej wypadku emocjonalnej oziębłości.

Mogłoby się z pozoru wydawać, że jej zawód – jest w końcu lekarzem – stwarza wręcz nadzwyczajne warunki, by wyćwiczyć się w prawdziwym człowieczeństwie, że dzięki niespotykanej szansie, jaką jest w gruncie rzeczy sposobność obcowania na co dzień z ludzkim cierpieniem i nieszczęściem, tak nieodzownym do zjawiska istnienia, moja siostra, jak mało kto, ma okazję stać się człowiekiem z krwi i kości, kimś autentycznym, co, biorąc pod uwagę sposób, w jaki nas chowano, byłoby zresztą nie byle jakim wydarzeniem w historii naszej rodziny. Jednak decydując się na studiowanie medycyny, Agnieszka nie miała bynajmniej w planach zajmowania się uszlachetnianiem swego intelektu, nie zamierzała zaprzątać sobie głowy sumieniem ani wartościami. Patomorfologia, jej specjalizacja, przyczyniła się raczej do rozwinięcia w pełni zalążków nieludzkości, których nosicielem była, podobnie zresztą jak ja i cała reszta naszej familii, od chwili narodzin. W zimnej atmosferze prosektorium Agnieszka przyzwyczaiła się do obecności śmierci i nauczyła się lekceważyć życie, odnosić się do niego obojętnie, jak do krótkiego interludium pomiędzy dwoma stanami niebytu.

Jednakże, co przyznaję z ubolewaniem, nie różnimy się od siebie tak bardzo, jak bym sobie tego życzył. Ostatecznie należymy nie tylko do jednej rodziny, ale na domiar złego zaliczamy się też do tego samego pokolenia. A o swoim tak zwanym pokoleniu mogę mówić wyłącznie źle, jako pokolenie wypadamy doprawdy żałośnie. Tak zdegenerowane pokolenie, jestem o tym głęboko przekonany, trudno sobie bowiem w ogóle wyobrazić. Tymczasem o lekarzach z mojego pokolenia mam jeszcze gorszą opinię niż o innych rówieśnikach; przeciętny lekarz z mojego pokolenia wydaje mi się zdecydowanie większą kanalią niż dowolny przedstawiciel jakiejkolwiek innej grupy zawodowej. Większość lekarzy z mego pokolenia reprezentuje bowiem charakterystyczną dla własnej profesji syntezę skrajnej specjalizacji z niezmierzoną ignorancją we wszelkich innych dziedzinach, wykraczających choćby minimalnie poza wąskie ramy odebranego wykształcenia.

Tak naprawdę poza własnym gabinetem i salą operacyjną zdumiewająca większość lekarzy z mojego pokolenia staje się po prostu nadzwyczajnymi jełopami, których horyzonty myślowe wyznacza idiotyczna treść serwisów informacyjnych TVN-u. Lekarze, a zwłaszcza lekarze z mego pokolenia, to w znacznej części banda powierzchownych imbecyli, amoralnych kreatur, krwiożerczych bydlaków, dla których jedynym uzasadnieniem przechodzenia sześcioletniego cyklu tortur na studiach, a następnie kolejnych dwóch lat specjalizacji, jest późniejsza sposobność wycięcia jak największej liczby ślepych kiszek, by w ten sposób czym prędzej wejść w posiadanie odpowiednio imponującej fury, dzięki której mogą wreszcie przenieść swe mordercze skłonności z sali operacyjnej na ulice. Moi rówieśnicy w ogóle, a lekarze nade wszystko, to mafia specjalizująca się w śrubowaniu cen swoich wątpliwych usług, kasta wyzyskiwaczy o wypielęgnowanych, nawykłych do przyjmowania pieniędzy dłoniach, stowarzyszenie czcicieli mamony, banda złoczyńców, zorganizowana w cechu grupa rzezimieszków, nienasycony gang skorumpowanych skurwieli. Tylko politycy i prawnicy z mojego pokolenia mogą równać się w liczbie popełnianych nieprawości z lekarzami z mojego pokolenia. Moje pokolenie, co tu ukrywać, to miot pozbawionych wyobraźni, skurwionych, cierpiących na megalomanię, sprzedajnych, bezmyślnych oszołomów, ale wśród ogółu ludzi składających się na tak zwane moje pokolenie najbardziej skurwieni, sprzedajni i bezmyślni są właśnie prawnicy, politycy i lekarze, a spośród tych trzech arcyłotrowskich zawodów, jeśli idzie o stopień deprawacji, lekarze ustępują być może jedynie politykom, tworząc wraz z nimi lożę kupczących sobą krzywoprzysięzców.

Słuchając teraz głosu Agnieszki wyjaśniającej mi powody, dla których po raz kolejny w ciągu ostatnich miesięcy powinienem zjawić się w Łodzi, skąd uciekłem przed dziesięciu laty i skąd mimo to w dalszym ciągu uciekam, nie mogę się wprost opędzić od wrażenia, że matka i siostra, wykorzystując poręczny pretekst ostatecznego uporządkowania spraw związanych ze spadkiem po ojcu, uknuły spisek mający doprowadzić mnie przed rodzinny trybunał. Moja siostra i moja matka tworzą pod tym względem wspaniały, absolutnie niedościgły duet, są parą bezwzględnych prokuratorów. Nie spoczną, dopóki nie dopadną apostaty rodzinnych powinności, za którego w ich oczach z całą pewnością uchodzę. Decyzja matki, by sprzedać mieszkanie, które przez ponad dwie dekady stanowiło arenę jej trudnego i, że tak powiem, dokumentnie bezowocnego pożycia z ojcem, spotkałaby się z mojej strony z całkowitą aprobatą, gdyby nie fakt, że wskutek niefortunnie przeprowadzonej sprawy spadkowej zostałem prawnym właścicielem jednej szóstej tego przeklętego lokum, z którym wiążą się moje najpotworniejsze wspomnienia i którego istnienie z największą ulgą wymazałbym z pamięci raz na zawsze. Ta niefortunna okoliczność, wynikła najprawdopodobniej z zamieszania po śmierci ojca, kiedy to żadne z nas nie przywiązywało dostatecznej wagi do dokumentów, skazuje mnie teraz na kolejną podróż, bliźniaczo podobną do tych, których w ciągu ostatniego roku odbyłem co najmniej kilka. A przecież, kiedy prawie rok temu, 1 sierpnia pod wieczór, dokładnie w dniu moich trzydziestych drugich urodzin, zadzwoniła matka, wszystko wskazywało na to, że problem rodziny jest już poza mną, że dzięki wiele lat trwającym wysiłkom, aby wywalczyć sobie prawo do wolności i odosobnienia, osiągnąłem w końcu zamierzony cel, za jaki uważałem konieczność ucieczki z obozu koncentracyjnego, którym był mój rodzinny dom. (…)

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj