Brave Festiwal 2010: czas zaklinaczy
Przeciw wypędzeniom z kultury
We Wrocławiu po raz szósty rusza Brave Festival. Spodziewać się trzeba niecodziennych wrażeń – tu eskalacja emocji i niepojęta nuda mają się ku sobie.
Brave Festival/materiały prasowe

Grzegorz Bral, dyrektor artystyczny Brave, pomysłu na konwencję festiwalu szukał przez lata. Impas trwał długo, bo układ „pokaż produkt – obejrzyj produkt” z założenia był nie do przyjęcia. Pozostało zrobić jedno: dać wyraz sztuce wolnej od konwenansów współczesności. Tak narodził się Brave, „festiwal ludzi odważnych”, który zdołał uwieść artystów z całego świata. To zarazem jedyna (i często - ostatnia) okazja, by pokazać i zobaczyć rytuały ginących kultur.

Mimo to na Brave Festival sztuka nie jest najważniejsza. Przeciwnie – ostatecznie chodzi tylko o pieniądze. Wpływy ze sprzedanych biletów trafiają do szwajcarskiej organizacji Rokpa International, która od trzydziestu lat opiekuje się pozbawionymi środków do życia dziećmi. Wszystko po to, by wyrwać je ulicy, dać wykształcenie i namiastkę normalności.
    
Artysta kontra celnik

Brave od normalności natomiast stroni. Nie może być inaczej, bo festiwal to tygiel narodów, w którym granice między Europejczykami, Azjatami i Afrykanami są i szczególnie wyraźne, i zaskakująco bezkonfliktowe. Jednak gdy ścierają się różne kultury, wszystko może się zdarzyć.

Kulisy festiwalu kryją jeszcze więcej. Zanim uda się odnaleźć odcięte od świata plemię i nakłonić je do wizyty w egzotycznej Polsce, nim syberyjski szaman uzyska pozwolenie duchów na wyjazd w dalekie strony, trzeba zjeść zęby na biurokracji. Ciekawe, że afrykańska mentalność nawet w spotkaniu z celnikiem gra pierwsze skrzypce. „Po co robić coś teraz, skoro można później?”, pyta Afrykańczyk, nie pojmując europejskiego fetyszu biurokracji.

Egipscy muzycy wyprawę do Polski uzależnili od gniazdek w ścianach. Instrumenty, na których grają, muszą być ogrzewane żywym ogniem, w ostateczności – elektrycznym piecem. Trzeba więc ustalić, czy egipska grzałka i polskie gniazdko pasują do siebie. Pasują. Egipcjanie przyjadą. Innych zabraknie. Buriacki szaman Bair nie wyruszy w podróż na Brave. Kiedy przed kilkoma tygodniami spłonął mu dom, wypadki potoczyły się w sposób, który lepiej przemilczeć. Przed rokiem cofnięto wizy dzieciom z Rwandy. Tamtejszy rząd uznał, że Brave Festival to przykrywka dla handlarzy żywym towarem. Inni przyjazdu odmawiają bez ceregieli – Eugenia, szeptucha z Podlasia, nie ma czasu na sceniczną błazenadę.

Wolontariusze wstrzymują oddech

Sprowadzenie każdego artysty to - poza uczuciem satysfakcji - nieprzewidywalne kłopoty. Pakistańczycy, gdy do Wrocławia przylatują przez Berlin, mogą spłatać nieprzyjemnego figla. Wielu z nich spróbuje ucieczki, bo każdy Pakistańczyk ma w Niemczech rodzinę.

Gdy pierwsi goście są w drodze, nie bez powodu hartują się wolontariusze. Przed rokiem Koreańczycy swoją opiekunkę doprowadzali do łez – przecież kobieta to tylko kobieta. Tym razem Azjatami zajmuje się chłopak.

Na koniec pozostaje udobruchać hotelarzy. Bo muzułmańskiemu mężczyźnie, który nigdy po sobie nie sprzątał, nie sposób wytłumaczyć, że zużyty papier toaletowy wrzuca się do ubikacji, a nie zostawia na kuchennym stole.

I Tanzanki nie sprostały polskim hotelom, pierwszym nie parterowym budynkom, jakie widziały. Kobiety mieszkały w pokoju na trzecim piętrze i nie umiały zejść na parter. „Przecież iść do przodu można tylko w górę”, mówiły i każdego dnia wchodziły wyżej i wyżej. Kiedy wreszcie ujarzmiły kapryśną przestrzeń, nie mogły pojąć, dlaczego polskie kobiety wożą dzieci w trumienkach.

W tym roku Zaklinacze

Brave Festival mija zawrotnym tempie. Tegoroczna edycja, „Zaklinacze”, nie będzie wyjątkiem: w ciągu ośmiu dni wrocławskie teatry, kina i muzea wypełnią spektakle, pokazy filmowe i spotkania z niepowtarzalnymi gośćmi. Szczególnie oczekiwanym wydarzeniem festiwalu jest taniec zaklętych masek Nuna, które przedarły się przez polską strefę celną po 3 latach i 7 dniach oczekiwania. Zanikający rytuał pokaże plemię animistów z Burkina Faso.

Żywiołowo zapowiada się koncert stuletniej królowej śpiewu Bi Kidude, która w najlepsze flirtuje, pali i popija. Nadarzy się też okazja usłyszeć Ahn Sook-sun. Wykonywana przez nią opera pansori znalazła się na  Liście Dziedzictwa Niematerialnego i Kulturowego UNESCO. Wyobraźnię rozpali człowiek-ptak i zaratustriańscy kapłanie rozwibrowujący ogień.

Jednak piorunujące wrażenia nie są wizytówką Brave. Niektóre festiwalowe występy są beznamiętne i banalne. Widzowie szukający spektakularności, znudzą się nimi i wyjdą przed czasem. Zostaną ci, którzy szanują obcość i są jej głodni.

Brave Festival nie kłania się ani artystom, ani widzom. Lecz tych, którzy z pokorą poddają się kulturze, nagradza obezwładniającą dawką pozytywnej energii.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj