Kawiarnia literacka

Siedliska
Wielu ludzi powiedziałoby o sobie: „Lubię podróżować”. Ja również.

Przy czym nie chodzi mi wyłącznie o to, żeby dokądś dojechać, zwiedzić zamek czy katedrę, poleżeć na plaży, wspiąć się na jakiś pagór czy zejść w wąwóz. Otóż lubię oprócz tego sam proces podróżowania: niepewność i zamieszanie przed samym wyjazdem, pakowanie walizki (najchętniej na ostatnią chwilę), drogę na dworzec czy lotnisko, a potem podróż jako taką: długie godziny wyjęte z kalendarza, zawieszone pomiędzy „tu” a „tam”, pomiędzy bezpieczną codziennością w domu a kuszącym nieznanym portem przeznaczenia (bo port przeznaczenia, nawet jeśli jest Płockiem, który mniej lub bardziej znam, zawsze wymaga od oczu szerszego otwarcia powiek, a od mózgu większego skupienia niż dobrze znane ulice Warszawy).

W busiku do Płocka prawie komplet. Siedząca obok blondi jeszcze na parkingu wyciągnęła zestaw ostrych narzędzi, przypominających nieco przyrządy, którymi Dexter Morgan ćwiartuje swoje ofiary, i zabiera się za manicure. Najpierw lśniącym jak brzytwa dłutkiem wycina skórki. Nie bacząc na wyboje, na nagłe hamowania, prowadzi dłutko z pewnością Wita Stwosza; dojeżdżamy do Łomianek, a ona – ku mojemu zdziwieniu – nadal ma komplet palców.

 

Myślę o Emolinku – i o tym, jak kiedyś, wracając z Płocka, rozmawialiśmy z B. przez całą drogę, długo i węzłowato, aż nagle oboje zobaczyliśmy przez okno tablicę z nazwą tej miejscowości, i jak nagle rozmowa urwała się w pół słowa. Okazało się, że oboje, zupełnie niezależnie od siebie, uznaliśmy, że to genialna wprost nazwa do pierwszego wersu limeryku i tak nas to wciągnęło, że milczeliśmy aż do przeprawy w Zakroczymiu – a potem nastąpił klasyczny moment rozpoznania i ujawnienia, okrzyki „Emolinek wcale nie jest taki łatwy, jak mi się zdawało!”, po czym posypał się jeden limeryk za drugim, i tak do samej Warszawy dotarliśmy limerykując twardo, mimo niejakiej konsternacji pasażerów frontowej części pekaesu, rzucających zdziwione spojrzenia znad numerów „Detektywa” i „Nie”.

Myślę o Emolinku, tymczasem powoli do niego dojeżdżamy, blondi obok piłuje pazurki, śliniąc je obficie, jeden za drugim, a ja zastanawiam się, jakiego używa pilnika, skoro potężne odgłosy szorowania dochodzą do mnie, mimo słuchawek na uszach, niemalże niezakłócone. Ha, pilnika wyczynowego chyba – jego zaostrzony koniec wiruje w powietrzu, rach-ciach, co parę chwil dotykając mnie niemal w lewe przedramię.

Myślę o Emolinku, ale tak naprawdę myślę o czym innym: o siedliskach. O siedlisku, przytulnym kawałku pamięci, takim jak wspomnienie tamtego wieczoru, kiedy limerykowaliśmy z B. wracając z Płocka, ale i o siedliskach innego rodzaju. Kiedy pociąg, samochód czy autobus jedzie z punktu A do punktu B wyznaczoną trasą, przecina mnóstwo prywatnych przestrzeni. Widać drobne znaki ich oswojenia – nie chodzi wcale o to, że gdzieś stoi dom czy całe osiedle, nie. Chodzi o drobiazgi: skakankę przewieszoną przez trzepak, rabatkę ogrodzoną sparciałymi oponami, wiśnię w ogrodzie, starą bronę pod ścianą, małą furtkę z wdeptanym w ziemię progiem, zamykaną na pętlę z drutu (tak, nawet takie szczegóły oko wyławia w pędzie) – w tych drobnych elementach wyczuwam jakąś serdeczność zasiedlania. Wyobrażam sobie człowieka, dla którego właśnie te paskudne wkopane w ziemię opony, pomalowane łuszczącą się olejną farbą w trzech kolorach, stanowią jeden z centralnych obrazów dzieciństwa; kogoś, w kim ta wiśnia, rodząca pewnie owoce kwaśne i robaczywe, wywołuje nagły skurcz serca, przywołujący dawno nieżyjące osoby, ich zwyczaje, słowa, miny.

Miejsca mojego dzieciństwa uległy stopniowemu zatarciu – rozmyły się granice klombów, większość kwiatów została wyduszona przez chwasty, piękne stare drzewa wycięto, podzielono wspólne niegdyś podwórka, które tworzyły dobrze znany mikrokosmos. „Zarosły dawne ścieżki” – mówią teksty sentymentalnych piosenek: a jednak, kiedy zobaczyłem, że ścieżka, którą tyle razy chodziłem, zmieniła się w trawnik, poczułem prawdziwe, niezmyślone ukłucie. Zostało parę krzewów i betonowe schodki, które prędzej czy później też przepadną, jak wszystko.

Ale w cudzych siedliskach, w wyobrażaniu sobie tej czułości dla miejsc, w gruncie rzeczy banalnych i często nieładnych, obskurnych, zapuszczonych, ale dla kogoś niepowtarzalnych, odnajduję miejsca mojego dzieciństwa. Nie wprost, oczywiście: układ pęknięć na płytkach chodnikowych, wzór na zasłonce w łazience, plamy rdzy na bojlerze i emaliowane na czerwono garnki nigdy nie wrócą w tym samym kształcie. To raczej przekład: widzę tamte kształty i przedmioty przetłumaczone na inne przedmioty i kształty, choć ich sens – pamięć i czułość – pozostaje niezmieniony.

 

Dojeżdżamy, wyobrażam sobie, że blondi od manicure’u też ma takie miejsce. Może gdzieś po drodze, w jednym z mazowieckich miasteczek, może w Płocku, może w Warszawie: podwórko, kolor futryny, drzwi kamienicy albo graffiti na ścianie bloku. I jakoś mniej mnie irytuje jej wymachiwanie ostrymi, niebezpiecznymi przedmiotami.

Godzinę później M. oprowadza mnie po miejscach swojego dzieciństwa, pokazuje mi staw i starą muszlę koncertową przy budynkach opuszczonej cukrowni. „Tu śpiewała, wyobraź sobie, Halina Frąckowiak – mówi – a ludzie siedzieli, z kanapkami, na kocach, tutaj i po drugiej stronie stawu”. Dziś w odrapanej muszli jest tylko graffiti. Czytam napis: „Twoja stara pierze w rzece” i myślę, że to piękna pointa.

 

Jacek Dehnel (ur. 1980 r.) debiutował tomem wierszy „Żywoty równoległe” (2004 r.). W 2005 r. otrzymał Nagrodę Kościelskich. W 2006 r. opublikował powieść „Lala”, za którą otrzymał Paszport POLITYKI. Wydał też m.in. tomy wierszy „Wyprawa na południe” (2005 r.) i „Brzytwa okamgnienia” (2007 r.) oraz prozę: „Rynek w Smyrnie” (2007 r.), „Balzakiana” (2008 r.) i „Fotoplastikon” (2009 r.).

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj