Fragment książki "Czego nas uczy Leszek Kołakowski"
W tym krótkim okresie 1964-1968 sporo czasu spędzaliśmy na wieczornych spotkaniach, które odbywały się z reguły w domach. Nie były to zabawy w SPATiF-ie, jakie opisuje Janusz Głowacki.

Marcin Król: Leszek był człowiekiem wyjątkowo kruchym, często niezgrabnym i schorowanym - od lat pięćdziesiątych miał nieustające i poważne kłopoty z kolanem tak, że czasami nie mógł w ogóle chodzić po schodach. Jednocześnie, kiedy mówił na poważne tematy, był mocny, bardzo logiczny i czasem nieprzyjemnie dla polemisty twardy lub ironiczny. Kiedy zaś - co ogromnie lubił - prowadził żartobliwą towarzyską rozmowę, był ogromnie przyjazny, bardzo lubił wszelkiego rodzaju zabawy słowne i spekulacje polityczne, chciał wiedzieć możliwie dużo o tym, co się dzieje u wspólnych przyjaciół i był zawsze w doskonałym nastroju. Pamiętam, jak na jakimś przyjęciu zdecydowali się z moją żoną podzielić świat między siebie i kolejno przyznawali sobie nawzajem nowe terytoria, spór zaczął się wtedy, kiedy nikt nie chciał objąć rządów Mołdową i musieli losować, komu ten biedny kraj przypadnie.

Mordęga z kolanem zakończyła się dopiero w ostatnich latach życia. Leszek odprowadzał gości po kolacji w spędzonej w parterowym domu w Oksfordzie, w który mieszkał od lat z żoną. Wyszedł przed dom i próbował złapać dla gości taksówkę a jednocześnie z nimi rozmawiał. Wyszedł dwa kroki na jezdnię i został lekko potrącony przez autobus. W szpitalu podjęto decyzję o operacji uderzonego kolana i od tej pory wreszcie przestało go boleć przy chodzeniu. Wkrótce potem byliśmy razem na jakiejś konferencji, chyba w Rzymie, i ja miałem przejściowe dolegliwości też z kolanem. Leszek zobaczył, że lekko kuleję i zaproponował natychmiast, że mnie wepchnie pod autobus.

Mimo to, że całe życie cierpiał i miał ogromnie ograniczoną swobodę ruchu, mimo że w ostatnich latach tracił wzrok i coraz trudniej było mu czytać, aż musiał to robić ktoś, najczęściej żona, nigdy ani słowem nie narzekał i bardzo nie lubił, jak ktoś opowiadał o swoich chorobach i nieszczęściach. Sądził, jak myślę, że życie towarzyskie, nawet z przyjaciółmi, nie jest od opowiadania marudnych historyjek, a zwłaszcza o samym sobie. Nie czynił tego nigdy i dlatego tak mało wiemy o nim, jako o człowieku, który przeżywał zapewne jakieś rozczarowania czy zdarzały mu się przykrości. Nigdy ani słowa.

Kiedy go poznałem na początku studiów, miał 35 lat i właściwie już wiedział wszystko. Przez cztery lata słuchaliśmy chronologicznie ułożonych wykładów z historii filozofii. W trakcie wykładu w jednej z ponurych sal Wydziału Filozofii przy Krakowskim Przedmieściu 3 (tam, gdzie filozofia jest do dzisiaj), przemierzał kilometry, bo mimo kłopotów z nogą, cały czas chodził od okna do drzwi i naturalnie nie miał żadnych notatek. Pamiętał wszystkie tytuły dzieł, wszystkie lata wydania, urodzin, śmierci i innych zdarzeń w życiu omawianych filozofów. Wykład był tak intensywny, że wprawdzie bardzo wiele się dowiadywaliśmy, ale nie można było sobie pozwolić ani na chwilę nieuwagi. Jednak bliższy kontakt nawiązałem z Leszkiem Kołakowskim w trakcie translatorium łacińskiego, na które chodziło tylko kilka osób. Miałem 22 lata i wydawało mi się, że Leszek jest jak szczyt nie zdobycia. W pewnym sensie przerażające były jego zdolności, już nie sama mądrość, ale zwyczajne zdolności. Języków uczył się w kilkanaście tygodni. Po latach pobytu za granicą pisał w czterech, poza polskim: po francusku, niemiecku, angielsku i dla rozrywki po łacinie. Najbardziej narzekał na swój angielski, w którym napisał kilka ważnych książek, jak "Jeżeli Boga nie ma..." czy "Horror metafizyczny". Mimo że opanował go znakomicie, nie czuł się całkiem pewnie, jak opowiadał, bo angielski był dla niego zbyt odległy od gramatycznej struktury łaciny. Naturalnie znał też grekę (i odmiany holenderskiego), często pisał i mówił, że nauczanie w liceach greki i łaciny powinno być obowiązkowe nie tylko dla treningu umysłu, ale także w celu rozumienia dorobku kultury europejskiej.

W tym krótkim okresie 1964-1968 sporo czasu spędzaliśmy na wieczornych spotkaniach, które odbywały się z reguły w domach. Nie były to zabawy w SPATiF-ie, jakie opisuje Janusz Głowacki. Leszek nie ubóstwiał lokali, zatem spotykaliśmy się u tych, którzy mieli własne mieszkanie, co w tamtych czasach wcale nie było częste. Oczywiście dla wesołości potrzebne były płynne wsparcia, ale Leszek, który lubił alkohol, nigdy nie przekraczał miary. Nie prowadzono poważnych rozmów, raczej szydzono z władzy i jej głupoty, cieszono się tym, że udało się coś przemycić przez cenzurę. Znacznej części atrakcji dostarczały liczne samochody UB, które jeździły za sporą częścią uczestników, więc potem stały do nocy i czekały beznadziejnie. Jak teraz wiem, podsłuchiwano na ogół te spotkania, ale jakość sprzętu była tak marna, że zapiski z tych podsłuchów są albo niezrozumiałe, albo absurdalne.

8 marca 1968 roku dołączyliśmy, już jako asystenci, z Jadwigą Staniszkis do delegacji, która udała się do ohydnego prorektora Zygmunta Rybickiego. Historia tego dnia była wielokrotnie opisywana, więc wspomnę tylko, że kiedy po kilku godzinach wróciliśmy na wydział, wszyscy czekali, kilka osób wyrażało przerażenie przyszłością (w tym finansową), a Leszek siedział, palił odwieczne extra mocne (my naturalnie też) i milczał. Był nie tyle smutny, ile zdruzgotany, bo wiedział, że to jest koniec pewnego świata i to koniec brutalny. Za kilkanaście dni zresztą zamknięto studia na filozofii i spotykaliśmy się głównie z okazji witania tych, którzy stopniowo wychodzili z więzienia. Leszek zdecydował się na wyjazd na rok, był zaproszony na Uniwersytet McGill w Montrealu. Przed wyjazdem i potem wielokrotnie podkreślał, że nigdy nie miał zamiaru emigrować i nigdy nie wyemigrował. Jednak jego życie w Polsce stało się niemożliwe: miał całkowity zakaz druku, nie mógł uczyć na uniwersytecie, z którego go wyrzucono, więc wyjazd wydawał się jedynym rozsądnym rozwiązaniem. Wcale się nim nie cieszył, ale wiedział, że nie ma innego rozsądnego wyjścia.

Nie widzieliśmy się potem prawie dziesięć lat. Leszek był w Ameryce, a potem w Oksfordzie, a ja nie dostawałem przez pięć lat paszportu i potem znowu przez kilka. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych udało mi się wyjechać i pojechałem do Oksfordu, odwiedzić Kołakowskich. Mieszkali nie w samym centrum, w stosunkowo niewielkim, parterowym domu. Tamara zrobiła kolację, a Leszek pochwalił się, że został członkiem Brytyjskiego Królewskiego Towarzystwa Whisky, co uprawniało do kupowania za ogromne pieniądze bardzo dobrych gatunków maltów, jakich nie było na rynku. Pokazał mi butelkę, ale naturalnie na oglądaniu się nie skończyło. Potem znowu przyszła przerwa stanu wojennego, ale bodaj w 1987 roku dostałem oficjalne zaproszenie MSZ Wielkiej Brytanii i pojechałem tam na kilka tygodni. Wynająłem samochód i jedyny raz w życiu jadąc lewą stroną dotarłem do Oksfordu, gdzie spędziliśmy czas na nowych opowieściach w towarzystwie znanego już wówczas Tima Garton Asha. Przez następne kilkanaście lat poza Warszawą spotykaliśmy się w Wiedniu i Cortonie, gdzie obaj wielokrotnie uczyliśmy w szkole letniej wiedeńskiego Instytutu Nauki o Człowieku. W Cortonie Leszek czasem bywał sam, a wtedy - już nie mógł prowadzić samochodu - był unieruchomiony. Zabieraliśmy go więc z Julią na wycieczki. Leszek był wspaniałym towarzyszem podróży, wszystkim się ciekawił: lokalnymi targami, marnymi samochodami, którymi rzeczywiście jeżdżą Włosi, bo w małych, zawsze położonych na górze miasteczkach nie da się nie poobijać karoserii w wąziuteńkich uliczkach, więc nie warto niszczyć porządnego samochodu, widokami na doliny, a w kawiarni natychmiast zaprzyjaźniał się z kelnerem lub kelnerką i był wspaniale obsługiwany. Leszek pijał kieliszek czy dwa grappy, z którą był zresztą w ścisły sposób związany, bowiem w 1997 roku otrzymał Premio Nonino, która to nagroda jest zwykle wymieniana w jego encyklopedycznych biografiach na równi z innymi. A była to nagroda bardzo specjalna, gdyż ufundowała ją właścicielka i producentka znakomitej grappy - Grappa Nonino, a otrzymywali ją rzeczywiście najwybitniejsi intelektualiści z całego świata. Nagrodę stanowił oczywiście pokaźny zapas tejże grappy. Leszek był wyjątkowo dumny z tej nagrody i nią jedyną chętnie się chwalił.


Wydawnictwo: Czerwone i Czarne

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj