Kawiarnia literacka

Paluch w ranie
Zaglądam do „Dzienników” Mrożka. Wygląda to wybuchowo, trudno się oderwać.

I tylko się zastanawiam: co może niepisarza skłonić do czytania dzienników literata? Bo coś skłania, to widać po tym, jak się te opasłe dzienniki Mrożka i inne sprzedają. A ja nie rozumiem, jakim cudem kogoś normalnego może w ogóle interesować samoobnażający się pisarz.

Mnie oczywiście mało co pasjonuje bardziej. Dzienniki Máraia, Jüngera, Gombrowicza czy Iwaszkiewicza uwielbiam, przy czym popularność pierwszych dwóch rozumiem lepiej: mało w nich dziennika, a więcej małych esejów, felietonów i aforyzmów udających dziennik.

Ale już Iwaszkiewicz to przecież poznawanie wielkiego pisarza od najmniej przyjemnej strony, kabotyna, oportunisty, w Wiedniu widzi amerykańskich żołnierzy dwóch i jakże go brzydzą, okropni są, jeden rudy, a drugi arogancko żuje gumę. Ja to czytam, owszem, z wypiekami na twarzy, trochę jak literacki brukowiec, bo też chędożenie Miłosza w celi Konrada u bazylianów do tego gatunku literackiego należy, ale ja ciekaw jestem doli innego pisarza, bo odnoszę ją, proporcjom czyniąc zadość, do doli własnej, siebie z zewnątrz oglądanego szukam.

Gdybym nie był pisarzem zawodowym – albo krytykiem, któremu za rozumienie pisarzy, czy raczej za pisanie o pisarzach, płacą – to nawet gdybym hobbystycznie pisał książki, cóż by mnie tam Iwaszkiewicz diarysta obchodził, skoro nie musiałbym się wcale przejmować tym, kiedy przyjdzie zaliczka? Tak samo: uwielbiam kino, ale przeczytać dziennik aktora? Nie znoszę nawet wywiadów z aktorami czytać, bo zamiast artysty, w wywiadzie widzę najczęściej człowieczka w najlepszym razie przeciętnego.

No ale co robić, dzienniki Mrożka wciągają mnie jeszcze bardziej, bo Iwaszkiewicz akurat omija moment, który w tej chwili interesuje mnie najbardziej, to znaczy sytuację zawodowego pisarza trzydziestoletniego, a Mrożek nie omija. Chcę zajrzeć w warsztat kolegom po fachu, zwłaszcza tym z parnasu. Mógłby ktoś powiedzieć – a gdzie tam u Mrożka, nie mówiąc już o Iwaszkiewiczu, jakakolwiek wzmianka o warsztacie?

Otóż sądzę, że w pewnym sensie istotą zawodu pisarza jest dłubanie we własnych ranach: wyszukiwanie ran, miejsc, gdzie boli, i wpychanie tam palucha. A co wypłynie – na papier. Bynajmniej nie jestem zwolennikiem literackiego autotematyzmu, rzecz w tym, by pisać o czymś więcej niż tylko o sobie samym, bo samego siebie ma każdy, literatura musi znajdować to, co uniwersalne. Ale zdaje mi się również, że tego, co uniwersalne, nie sposób znaleźć inaczej niż przez samego siebie i rodzi się to, jak wnioskuję, z własnych doświadczeń i z lektury dzienników – z cierpienia. Bynajmniej, jak podpowiada metafora z raną i wiercącym w niej paluchem, nie ma literatura funkcji terapeutycznej: niczego nie leczy, tylko jątrzy. Tym bardziej powinno się literatom lepiej płacić.

Ale czytelników pytam: po co poznawać pisarzy? Nie rozumiem zupełnie. Pisarze nie są ciekawi, ciekawe są książki. Czytelnik najczęściej jest człowiekiem poważnym, w głowie zwykle ma lepiej niż pisarz poukładane i w ogóle lepiej radzi sobie ze sobą samym, z innymi ludźmi i w życiu. Po co psuć? Powieści, opowiadania, eseje, felietony – to rozumiem, ale patrzeć, jak się robi kiełbasę albo co pisarz ma w środku? To jak podglądać dziewczynę przed randką, kiedy kładzie maseczki, makijaż i wciąga na tyłek majtki wyszczuplające. Można – ale po co?

Inna sprawa, że kiedyś czasy były lepsze i pisarz dziennik pisał, po czym wkładał na czterdzieści lat do szuflady, a teraz tacy na przykład Twardoch czy Orbitowski w klawiaturkę klepu-klep i od razu do sieci, żeby o nas ani na chwilę nie zapomnieli. Ale próżny trud, i tak zapomną. Zresztą nawet Pilch dziennik swój na bieżąco puszcza w czasopiśmie, informując czytelnika, że się zestarzał i że był u lekarza. Co mnie akurat bardzo interesuje, ale poza mną, i niezbyt liczną rzeszą kolegów po fachu, to kogo miałoby interesować? A jednak. Swoją drogą zastanawiam się, co robią w tej intymnej materii bliscy mi koledzy po piórze? Skupię się na tych, z którymi czasem pijam.

A zatem, co robi Orbitowski Łukasz – wiadomo. Na swojej stronie internetowej regularnie publikuje swój „Tydzień z głowy”. A tam o wszystkim, najczęściej coś ciekawego, czasem czuje się w obowiązku zabrać głos w sprawie sprzątania psich gówien, ale zasadniczo układa to ładniej i ciekawiej niż Pilch swoje zapiski.

Jacek Dukaj, podejrzewam, dziennika nie pisze. Miło byłoby się pomylić, ale trudno mi wyobrazić sobie dziennik tak chłodnego intelektu, skoro dziennik służy do dokumentowania własnej słabości. Dalej: przekonany jestem, że dziennik pisze Wit Szostak, subtelny intelektualista, filozof, autor eleganckiej powieści „Chochoły”. Może kiedyś, na starość ów dziennik opublikuje i może poznamy innego Szostaka, będzie to dziełko pozbawione subtelnej ironii, wyważonych opinii i otwartości na dialog, które charakteryzują Szostaka niediarystycznego, za to będzie to dzienniczek pełen mniej lub bardziej uzasadnionych inwektyw, wściekłych obelg, kategorycznych sądów oraz pełnych nienawiści tyrad – od jakich Szostak, znany mi osobiście i przez pryzmat książek, zdaje się wolny całkowicie.

A potem z jakiegoś powodu poważny człowiek te dzienniki kupi i będzie czytał. Więc po co? Może tli się tęsknota – ech, było zostać artystą... A dzienniki pisarzy utwierdzają w pewności, że kariera prawnika, lekarza czy menedżera była jednak lepszym pomysłem. Nauczyciele akademiccy, jak mi się zdaje, szukają dowodu na to, że komuś jeszcze jest źle na świecie. A po co czytają dzienniki pisarzy nauczyciele z gimnazjów, to już nie mam zupełnie pojęcia, chyba tylko po to, by się w przekonaniu o immanentnej marności życia ostatecznie utwierdzić.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj