Recenzja książki: Wojciech Mann, "RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą"
Mann wspomina
Autor opowiada z ciepłym humorem i przetyka historie różnego typu zestawieniami
Znak/materiały prasowe

"Gdzie tu można dostać coke?” – pytali Wojciecha Manna amerykańscy muzycy. Jako współprezes (z Andrzejem Olechowskim) Pops Fan Club i krzewiciel kultury rock’n’rolla spotykał przyjeżdżające do Polski Ludowej zagraniczne gwiazdy, miał też kontakty z wszechwładną agencją Pagart. Lecz o kokainie nawet nie pomyślał, o coca-coli – owszem, ale tej jeszcze w Polsce nie było. Poczęstował więc gości sokiem Płynny Owoc. Takich zderzeń między PRL a wielkim światem muzyki mamy więcej w książkowej gawędzie Manna, zaczynającej się gdzieś w okolicach jego dziecięcych występów w zespole Gawęda, a kończącej na zagranicznych wyjazdach po płyty i budowie komercyjnego radia w Polsce.

Autor opowiada z ciepłym humorem i przetyka historie różnego typu zestawieniami: ulubionych piosenek filmowych, artystów, z którymi najbardziej chciałby wystąpić na scenie, itd. Czyta się to jednym tchem i zostaje pewien niedosyt – dowiedziałbym się na przykład czegoś więcej na temat czasów, gdy Mann był naczelnym przełomowego „Non Stopu”. A spoza zasadniczego tematu – czegoś o kulisach kultowej audycji „Nie tylko dla orłów”. Może w części drugiej?

Wojciech Mann, RockMann, czyli jak nie zostałem saksofonistą, Znak, Kraków 2010, s. 204

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj