Kawiarnia literacka
Zaczynam sztorm
Bardzo chcę się pochwalić polską muzyką.

Skoro poza Polską wiadomo, że Polacy to naród specjalizujący się w sprzątaniu i biegły w rzemiośle budowlanym/pracach kanalizacyjnych, skoro nikt nie chce słuchać, że to dlatego, iż kiedyś zdradzili nas Anglicy i Francuzi – to chcę pokazać fragment kultury, bo on zaświadczy, że ją w ogóle mamy.

Słowo pisane trzeba przetłumaczyć, a tłumacze nierychliwi. Obrazy jakoś sobie radzą dzięki Sasnalowi, naszej maczecie w puszczy amazońskiej niewiedzy na temat dokonań ze środkowo-wschodniej części Europy. Rzeźba i inne formy sztuki żyją swoim własnym, galeriowym życiem. Co symptomatyczne – słowo „galeria” zmieniło znaczenie od czasu, gdy powstały molochy pod tytułem „Arkadia”, „Mokotów” czy inne świeckie świątynie. Kiedy niedawno poprosiłam przechodnia, by wskazał mi drogę do pewnej galerii sztuki, podrapał się po brodzie i odparł: „No, najbliższa, to chyba Domy Centrum będą...”.

Galeriami zakupowymi, choćby największymi, szacunku w Europie nie zdobędziemy, stąd moje próby wyeksportowania towaru, którego tłumaczyć nie trzeba, który sam się obroni, a będzie polski. Torciki wedlowskie zawiodły pokładane w nich nadzieje na popularność, bo zawierają zmielone orzeszki, a na tzw. Zachodzie wszyscy są na coś uczuleni. Orzeszki są podobno okropnie niebezpieczne, bardziej niż komunizm.

Muzyka wydała mi się idealna – człowiek się nią nie udusi, obrzęk mu nie grozi. Zaczęłam przeszukiwać stacje radiowe, węsząc za czymś, czego nie będę się wstydziła dać. Ale skala radiowa skończyła się, a ja słuchałam wciąż jednej i tej samej piosenki – o miłości, bo co innego jeszcze może się w życiu zdarzyć?

Przypomniałam sobie śpiewaczkę z koncertu – kobieta realizowała repertuar ambitny, nazwiska coś mi tam mówiły, ale nie mając wykształcenia muzykologicznego ani nie będąc snobką, nie byłam w stanie czerpać z tej dawki kultury żadnej przyjemności. Dlatego koncert przesiedziałam stukając esemesy, żeby mieć z tego jakąś przyjemność.

 

Z jednej strony kultura wysoka, z drugiej całkiem niska – a pośrodku pustka. Z powodu fatalnego poziomu nauczania muzyki w szkole (moja nauczycielka z podstawówki zasłynęła zdaniem, że jesteśmy „za głupi, żeby uczyć się grać na cymbałkach”) nie umiem docenić opery ani nawet operetki. Zraziłam się do muzyki poważnej i miałam do tego pełne obywatelskie prawo, podobnie jak każdy polski uczeń. Kiedyś muzykę poważną popularyzował w telewizji Bogusław Kaczyński, sprzedając ją pod strzechy, ale teraz strzecha sama weszła do programów typu „Śpiewać każdy może”.

Rezultatem są płyty, których jedyną zaletą jest to, że wokalistce makijaż na okładkę zrobiła znana makijażystka. Obie trafiają do rubryk towarzyskich, a płyta zawala sklepy, by skończyć jako gratisowy upominek od firmy oponiarskiej dla dziennikarzy. Ci podkładają krążek pod krótszą nogę biurka, żeby się nie chwiało, gdy uderzają w klawiaturę pisząc o oponach. A czasem i o wokalistce.

A jednak dobra muzyka istnieje, tylko o niej cicho. Nie należy ani do kręgu galerii w sensie galerii sztuki, ani do tej drugiej w znaczeniu handlowym. Jest to muzyka – nazwijmy ją – ulicy. Gdzie śpiewa się odróżniającym się od innych głosem o rzeczach, które mogą być doświadczeniem każdego z nas, ale mają pociągający, zindywidualizowany odcień. Muzyka podrywa, a słowa bawią, ciekawią, wzruszają. Gdyby dodać do tego słowo „uczą”, wyszłaby oświeceniowa recepta na dobry kawałek sztuki.

Dlatego kupuję i przywożę płyty Sidneya Polaka, Pablopavo czy Waglewskiego. Rozdaję je znajomym, którzy nie znają polskiego, i tłumaczę, co to Chomiczówka, wieżowce, wyjaśniam, „kto ma największy skuter w mieście” („Sidney ty, Sidney ty”) i dlaczego „deszcz gubi ten kraj”.

Opowiadam, co to Stegny, bo wychowałam się tam, gdzie Pablopavo, bujałam się na trzepakach, które może, jak ja, obdrapywał czasem czymś ostrym. I też nie wiem, czy te bloki są ohydne, czy piękne.

Za to wiem, że porusza mnie płyta Waglewskiego „Męskie granie” i starsza – „Z kobietami”. Bo czy ktoś urodził się mężczyzną, czy kobietą, to należą mu się ludzkie słowa, mądre treści.

 

Dlaczego o tej muzyce w radiu, w telewizji tak cicho? Czy komuś może zaszkodzić inteligentny tekst, odbić się brzydko dobrą muzyką? Załóżmy, że jakiś biznesmen czy turysta wpadnie do Polski i włączy w hotelu radio – na dźwięk tego, co teraz tam jest, szybko przekręci skalę, żeby wylądować bezpiecznie w kolejnej produkcji Shakiry. Bo o Fryderykach nigdy nie słyszał, ani tym bardziej o tym, że czasem trafiają w dobre ręce.

Ale co tam obcokrajowiec, on wróci do siebie. A my? U siebie musimy słuchać miernych piosenek, a na zewnątrz eksportujemy folklor albo bezpieczną kulturę wysoką – Chopin, dwaj wciąż ci sami reżyserzy, te same nazwiska, bo były na tych czy innych festiwalach.

Pamiętam, jak podczas rozmowy z pracownicą jednego z polskich instytutów usłyszałam, że moja powieść może i by się poza Polską sprzedała, gdybym osadziła jej akcję nie w Brukseli, ale w Paryżu. Bo Francuzi lubią czytać o sobie. Więc i ten bohater mógłby być bardziej sfrancuziały... Albo chociaż ustawić akcję tej historii w Amsterdamie. Może by się jakieś tamtejsze wydawnictwo zainteresowało?

Nie dokończyłam zupy i wyszłam. Z tyłu dochodziły jeszcze utyskiwania, że trzeba promować polską kulturę w tak trudnych warunkach, ale pożegnalnych formuł już nie usłyszałam, bo do uszu wsadziłam słuchawki iPoda. Myślałam o Stegnach Pablopavo, Chomiczówce i Tarchominie Sidneya Polaka, o Jankach Waglewskiego. Szłam ulicami Brukseli, mojego adoptowanego z miłości miasta, i słuchałam „Zaczynam sztorm”.

 

Grażyna Plebanek (ur. 1967 r.) – pisarka, autorka powieści: „Pudełko ze szpilkami” (2002 r.), „Dziewczyny z Portofino” (2005 r.), „Przystupa” (2007 r.). Ostatnio w wydawnictwie W.A.B. ukazała się jej książka „Nielegalne związki”. Mieszka w Brukseli.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj