Kawiarnia literacka
Jak (nie) zabić autora
Syndrom sztokholmski to stan psychiczny, który pojawia się u ofiar porwania lub zakładników, wyrażający się odczuwaniem sympatii i solidarności z osobami je przetrzymującymi. Tyle naukowa definicja. Życie jednak pokazuje, że syndrom nie jest wyłącznie domeną ofiar terrorystów.

Problem dotyczy również środowiska literackiego. Parafrazując powyższą definicję, można napisać, że syndrom pojawia się u autorów, którzy odczuwają sympatię i solidarność z poniżającym go wydawcą.

W jaki sposób wydawca może poniżyć autora? W bardzo prosty sposób. Wystarczy, że będzie sprzedawał jego najnowszą pozycję w pakiecie z różową torebeczką, bawełnianymi rękawiczkami, chińskim ciasteczkiem wyprodukowanym w Niemczech, zestawem wonnych kadzidełek i tak dalej. Po czym poznać, że dany autor cierpi na syndrom sztokholmski? Rozpoznanie jest łatwe. Otóż taki autor usilnie przekonuje w wywiadach prasowych, a nawet prywatnych rozmowach, że tak ma być, że torebeczka, rękawiczki, ciasteczko, kadzidełka to świetny pomysł. Ba, ci, którzy wchodzą w najgłębszą fazę syndromu, zaczynają wierzyć, że był to ich własny pomysł, że dział promocji danego wydawnictwa nie ma z nim nic wspólnego, że to najzwyklejszy wymóg współczesnego świata, ukłon w stronę nowej religii, że w ten sposób książka z pewnością sprzeda się lepiej. Jeśli rozpatrujemy literaturę o tak zwanych wyższych aspiracjach, to takie myślenie pozostaje wyłącznie autorskim myśleniem życzeniowym. Gadżety nie zwiększają sprzedaży w znaczny sposób. Gadżety za to świetnie stygmatyzują danego autora.

Czy autorzy rzeczywiście chcą, aby mówiono o nich: to ten (ta) od torebeczki, rękawiczek, ciasteczka i kadzidełek? Nie wydaje mi się. Ale mam też dobrą wiadomość. Syndromu można się pozbyć. Wystarczy sobie i wydawcy uświadomić, że te dwa ekstra tauzeny, otrzymane w półrocznym rozliczeniu jako efekt gadżeciarstwa, można spokojnie zdobyć (zachowując szacunek dla siebie samego) na trzech płatnych spotkaniach autorskich. Raptem trzy godziny pracy. Czy Januszowi Leonowi Wiśniewskiemu włożono kawałek sieci do jego pierwszej bestsellerowej powieści? Nie! Czy do najnowszej włożono majteczki lub staniczek bikini? Nie! Czy książki Katarzyny Grocholi zaopatrywane są w puszeczki z grochówką? Czy produkcje Moniki Szwai posiadają bonusik w formie poradnika na temat, jak schudnąć i jak uratować Szczecin przed zgrają pijanych Szwedów? Nie! Literatura pop(elinowa) sprzedaje się doskonale, nie potrzebuje gadżetów, więc byłoby miło, gdyby autorzy literatury ambitnej uświadomili sobie wreszcie, że krąg odbiorców ich pisania będzie zawsze stosunkowo mały i żadne tandetne zabiegi promocyjne tego nie zmienią. Taka już jest natura rzeczy trudniejszych w odbiorze.

Gadżeciarstwo jest również poniżające dla czytelnika, bo wprowadza bardzo dziwne podziały. Na czytelników lubiących ciasteczka i czytelników gustujących w bawełnianych rękawiczkach. Tych, co to lubią różowe torebeczki, no i tych od kadzidełek. A co z tymi, którzy lubią sobie przed lekturą założyć rękawiczki, wyjmując je poprzednio z różowej torebeczki, potem zapalić kadzidełko, a na koniec wsunąć ciasteczko i jeszcze oczekują tego wszystkiego w zestawie z jedną książką tego samego autora? A czemu spece od promocji w wydawnictwach nie podzielą czytelników na palących i tych, którzy palić nie lubią lub rzucili fajki? A może by tak do części książek wrzucić po gratisowym papierosku, wcześniej informując, że palenie jest szkodliwe, ale może niektórym przynosić przyjemność? W sumie mam duży szacunek dla mojego obecnego wydawcy, że nie przyszło mu do głowy, aby do mojej książki wpakować w pakiecie promocyjnym różowe okulary. Myślę, że Mariusz Sieniewicz, pisujący tak samo jak ja okazyjnie dla Kawiarni Literackiej, a wydający obecnie u tego samego wydawcy, był również zadowolony z faktu, że nikt w wydawnictwie nie przekonywał go, iż byłoby lepiej podłączyć dmuchanego słonia do jego ostatniej powieści. Ale kto tam wie, jak będzie w przyszłości. Działy promocji dużych wydawnictw pełne są drapieżnych trzydziestolatków, którzy mają gdzieś dobry gust i dobre maniery. Po kursach z psychologii marketingu mają tak wyprane mózgi, że sami zamieniają się w kadzidełka, ciasteczka, torebki i rękawiczki.

No dobrze, a co będzie, jeśli autor nie da się nabrać na syndrom sztokholmski? Nie da się zamordować wydawcy. Przecież jakoś trzeba powiadomić, że książka jest, że się ukazała. Gdyby Radio Maryja propagowało rozwój szarej materii, to można by było z nimi ewentualnie pogadać, bo zasięg mają doskonały. Kiedy wracam z Polski, w samochodzie są moje dzieci i strasznie hałasują, a jesteśmy już, dajmy na to, na Morawach w okolicach Brna, wtedy mówię, że jeśli w tej chwili się nie uspokoją, to włączę im właśnie tę stację. Milkną, bo wiedzą, że polscy ajatollahowie są słyszalni nawet na terytorium Austrii.

Dobra recenzja w wysokonakładowej gazecie może pomóc, acz nie zawsze, bo w Polsce jest tak, że ci, którzy czytają recenzje, bardzo rzadko kupują książki. Dlaczego? To, co nazywa się recenzjami, jest w rzeczywistości streszczeniami książek, więc po co tracić kasę na coś, co zostało dokładnie opisane. Może wywiad w telewizji? To już lepiej. Polacy kochają telewizję. Będąc na stypendium zagranicznym, przeczytałem, że najlepszym przyjacielem Polaka jest telewizor. Spotkania autorskie? Jeśli niczego ciekawego nie będą w tym czasie puszczać w telewizji, to ktoś przyjdzie. Zmiana języka? Korzeniowskiemu wyszła na dobre, Kunderze i Becketowi też nie zaszkodziła. Zmiana kraju? Nie wiem... Co do jednego jestem pewien. Galanteria i przemysł spożywczy są potrzebne, lecz nie książkom.

Hubert Klimko-Dobrzaniecki (ur. 1967 r.). W 2003 r. ukazał się zbiór jego opowiadań „Stacja Bielawa Zachodnia”. Rozgłos przyniósł mu „Dom Róży. Krýsuvík”. W 2007 r. opublikował powieści „Kołysanka dla wisielca” i „Raz. Dwa. Trzy”. W tym samym roku był nominowany do Paszportu POLITYKI. W październiku 2009 r. ukazała się jego ostatnia powieść „Rzeczy pierwsze”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj