Kawiarnia literacka

Czarny Roman
Kto nie ma w głowie, ten ma w nogach: jeśli nie pamiętało się zawczasu o zakupach, to w weekend trzeba iść aż na Nowy Świat.

Jak się okazało – warto było; bo nie tylko bagietka od Vincenta, która jednak nie ma sobie, o ile wiem, równych w Śródmieściu, a także znakomite małe kabanosiki pepperoni, ale i widok. Otóż w delikatesach na Nowym Świecie stał przy kasie Czarny Roman i w najlepsze kupował słoik miodu czy dżemu. I miał on, proszę Państwa, brodę.

Czarny Roman tak naprawdę nie nazywa się Roman (nosi takie samo imię i nazwisko jak pewien prawicowy poeta polski; co więcej, od czasu do czasu (g)romko popiera PiS, więc coś tu jest na rzeczy), natomiast rzeczywiście ubiera się na czarno.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną