Kawiarnia literacka
450 pengő miesięcznie
Znów czytam „Sindbad powraca do domu” – i nie wiem już, czyja to książka.

Krúdyego czy Máraiego? Tutaj jedna uwaga: wolę przymiotnikową odmianę nazwiska Márai. Na przymiotnikowej odmianie kończących się na „ai” nazwisk węgierskich trzyma się ulotna nić polsko-węgierskiej bliskości, ufundowanej kiedyś na wspólnym upodobaniu do wina, szabli i okrucieństwa, a potem do klęski, śmierci i melancholii. Márai odmieniony rzeczownikowo staje się pisarzem obcym, kiedy jednak myślimy o „Máraim”, zamiast o „Máraiu”, tak jak myślelibyśmy o Kowalskim – jest pisarzem bliskim, pisarzem wspólnej, przegranej, zgubnej krwi.

A zatem, nie wiem, czyja to tak naprawdę książka: Krúdyego czy Máraiego? Napisał ją Márai jako życzliwy persyflaż tekstów swojego mistrza Krúdyego. Niektórzy mówią nawet, że Márai, pisząc „Sindbad powraca do domu”, stworzył najlepszą powieść Krúdyego. Krúdy jest również jej głównym bohaterem, ukryty pod przydomkiem, jaki sam sobie nadał w serii swoich felietonów poświęconych Sindbadowi.

Jest więc Sindbad miejskim mędrcem, żeglarzem pawimentów, alej i bulwarów, komandorem budziańskich łaźni i peszteńskich kawiarń, kapitanem dorożek i admirałem miejskich tramwajów, wypływającym rano z portu mieszczańskiego mieszkania, aby zdobyć pieniądze na mundurek dla córki.

I Sindbad wie wszystko o życiu. Allan Bloom napisał to kiedyś o Szekspirze: Szekspir wiedział wszystko. To niewątpliwie prawda, Szekspir napisał wszystko, czego się można dowiedzieć o ludzkiej kondycji: o zdradzie i zazdrości znikąd nie dowiemy się więcej, niż możemy dowiedzieć się z „Otella”. I tak dalej, na każde szarpnięcie człowieczeństwa, na każdy ton ludzkiej duszy jest Szekspira sztuka lub sonet.

Jednak Szekspir nie pisał o tym, że wszystkie nieszczęścia zaczynają się od tego, że wszystkim porządnym ludziom brakuje 450 pengő miesięcznie. Wiedział o tym może, ale nie mówił o tym, a przynajmniej nie tak, jak nurzając się w łaźni mówi máraiowski Sinbad, sam nie wiem, mądrością Krúdyego czy mądrością Máraiego: „Czterysta pięćdziesiąt, całkiem osobno i niezależnie od wszystkiego, to jest zaklęcie i zadanie herkulesowe, któremu Węgrzy nie są w stanie podołać. Widziałem brodatych mężczyzn na beczce, którzy na całe gardło krzyczeli o szczęściu ojczyzny, i słuchając ich, mruczałem, bo wiedziałem, że tak naprawdę brakuje im tylko tych czterystu pięćdziesięciu pengő, a muszą je skądś zdobyć do pierwszego, by przekazać je opuszczonej małżonce, która ma drukarenkę płócien pod haft gobeliniarski przy ulicy Kaplony, czy wybrance, która trudzi się dzierżawą gruntów w komitacie Borsod. Widziałem pisarzy, którzy zanurzali pióra w szkaradnych jadach nienawiści i plotki zamiast atramentu i sprzedawali swój honor i duszę, żeby wydrapać na pierwszego tych czterysta pięćdziesiąt na czynsz za mieszkanie swojej kochanki, bo w podeszłym wieku nagle spadła na nich miłość, a potem na raty za fortepian zakupiony przez tę damę”.

Te 450 to, według moich szacunków, około 8 tys. naszych dzisiejszych złotych. Właśnie tyle brakuje wszystkim przyzwoitym ludziom, nieprawdaż? Oczywiście niektórym brakuje o wiele mniej. 1000 zł, chociażby 500 więcej, byle czynsz zapłacić. Ale tyle brakuje, aby przeżyć – a nie o przeżyciu tutaj mówimy, lecz o zaspokojeniu. Więc gdyby było jeszcze te 8 tys. przeklętych, świętych złotych!

Niegłupio mówi Abradab: mamy królów na banknotach. Więc 80 Jagiełłów, co miesiąc, całkiem osobno i niezależnie od wszystkiego, i jakże jaśniejszym, czystszym, niewinniejszym miejscem byłby nasz świat: nasza stolica pełna tych, którzy dla 450 pengő miesięcznie przełykają swoją przyzwoitość i ostrzą kły, aby wbić je w gardło bliźniego. Tak samo jak w miastach wojewódzkich i powiatowych, gdzie gardła przegryza się równie skwapliwie, tyle że na prowincji przyzwoitość chodzi o wiele taniej. Nie wykluczałbym, że przyzwoitość ma cenę skorelowaną z ceną nieruchomości.

Najłatwiej zatrzymać się na obserwacjach: każdy ma swoją cenę. Albo: nie ma ludzi niesprzedajnych, są tylko źle opłaceni. Lecz nie o to w tym chodzi. Ważniejszą obserwacją Sindbada jest to, że dla 8 tys. zł ludzie zdolni są popełniać nawet czyny najszlachetniejsze. Zdolni są do poświęceń, zdolni są tworzyć arcydzieła, zdolni są do aktów największej mądrości i szczerej przyjaźni. Bo brakuje im 450 pengő miesięcznie. Bo tylko głupcom wydaje się, że prawdziwa sztuka powstaje niejako obok, mimo pieniędzy: wydaje im się, że artysta miałby tworzyć dla jakichś tajemniczych, wyższych wartości, honorarium przyjmując wstydliwie, niejako mimochodem, niby za dzieło, ale jednak obok, po to, aby przeżyć. To ci głupcy właśnie chętnie operują pogardliwym słowem „komercja” – całe szczęście, że Rembrandt o niebezpieczeństwach komercji nie słyszał. Prawdziwa, wielka sztuka, ta, która dotyka tajemnicy Życia, taka sztuka powstaje dla pieniędzy. Dla tych 8 tys. miesięcznie bez względu na wszystko, dla 450 pengő, dla nich powstaje, a one nigdy nie nadejdą.

Bo wielką mądrością Sindbada jest to, że tych 450 pengő miesięcznie zabraknie dla wszystkich. Wbrew ekonomii, bo to nie jest sprawa ekonomiczna. Ekonomia powie nam, że na pewno nie starczy ich dla każdego, lecz Sindbad mówi: nie starczy ich dla nikogo. Każdemu zabraknie. Jest to mądrość antropologiczna. Metafizyczna nawet, być może: każdemu zabraknie 8 tys. na miesiąc, zawsze i bez względu na wszystko. To jakaś tajemnicza, okrutna prawda o człowieku, o jego wiecznym niezaspokojeniu. Cała sprawa z życiem, jak mi się wydaje, polega na tym, gdzie damy się temu niezaspokojeniu zaprowadzić.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj