szukaj
Fragment książki „Balladyny i romanse”
Czekałem, co baza danych o Polsce powie. — Więc w skrócie: stosunkowo stabilna demokracja, dominująca religia: katolicyzm magiczny oraz Stocznia Gdańska, główne osiągnięcia: Fryderyk Chopin i bigos.
Ignacy Karpowicz, „Balladyny i romanse”, Wydawnictwo Literackie 2010
Wydawnictwo Literackie/Materiały prasowe

Ignacy Karpowicz, „Balladyny i romanse”, Wydawnictwo Literackie 2010

CHIŃSKIE CIASTECZKO

Nazywom się chińskie ciasteczko. Składom się z mąki, cukru, jajek, oleju, waniliowego aromatu, szczypty soli, migdału bez skórki i mądrości. Najpierw należy mnie zagnieść na twarde ciasto, rozwałkować. Potem wyciąć kwadraty, a w środek kwadratu włożyć migdał i karteczkę z sentencją. Rogi zlepić u góry. Piec dwadzieścia minut na blasze wysmarowanej olejem, na złoty kolor, w temperaturze około dwustu stopni Celsjusza. Podawać na zimno. Najlepiej po kaczce (po pekińsku).

Jestem mało pożywne, niezbyt smaczne, lecz to nie ma najmniejszego znaczenia, ponieważ zawierom w sobie mądrość. Mądrość składa się z cienkiego paska, na pasku są litery. Pasek papieru zwykle jest natłuszczony. W przeciwnym razie mógłby spłonąć w piekarniku.

Najpierw występowałom jako ciekawostka w restauracjach i barach. Teraz jestem wszędzie, zatrułom cały świat. Jestem bardzo toksyczne oraz zjadliwe. Przenoszę się kropelkowo, płciowo, w rozmowie, w transfuzji, na spowiedzi — w każdy sposób, jak Duch Święty. Mądrość z mego środka objęła w posiadanie cały świat, jestem w powieściach typu broszurowe i okładka twarda, w przemówieniach polityków, w wystąpieniach przywódców religijnych. Właściwie to nie wiem, czy gdzieś mnie jeszcze nie ma.

Po lekkiej pracy ciężki odpoczynek; Duch jest jak świeca: jej płomień może zgasnąć, ale ona istnieje; Potok, który zmienił bieg, nie powróci więcej do starego łożyska; Jesteś jak zamknięta źrenica, która na próżno łudzi się blaskiem światła wśród ciemności.

To tylko kilka moich odsłon, a jest mnie legion, legion mądrości, już się mnie nie da wytracić, ludzie uwierzyli we mnie, powtarzają mnie, zwyciężyłom. Jestem bestsellerem. Jak gówno zalałom cały świat. Słyszycie ten chlupot? To ja. Nowy potop. Nazywom się chińskie ciasteczko. Do usług.
 
EROS

W beemie jestem obsługiwany poza kolejnością. Po pierwsze, należę do bardzo zamożnych bogów. Po drugie, do bardzo zajętych. Po trzecie, oddałem kiedyś pewną przysługę pani prezes (Safonie), nawet niejednokrotnie.

Poszedłem wprost do szefowej. Lubiłem przesiadywać w jej gabinecie utrzymanym w kosztownych szarościach, granity i tweedy. Największe wrażenie robiły obrazy Édouarda-Henri Avrila, czysta pornografia z domieszką (niewielką) talentu. Na ścianach wisiały trzy spośród dzieł malarza: Safona, Hadrian i Antinous oraz Grek, koza i sodomia. Do Édouarda, kiepskiego w sumie ilustratora porno z czasów przedfotograficznych, przywykłem, chociaż płaskość jego płócien, tak fizyczna, jak i duchowa, czyli bądź co bądź płaskość materialna, nie pozostawiała mnie obojętnym. Nie namalował znowu tak wiele, ale malował z tak nużącą powtarzalnością, że pasuje do niego zdanie powtarzane gościom przez Safonę: „namalował dwa tysiące obrazów, z czego do naszych czasów zachowało się pięć tysięcy, w tym trzy płótna w niebie”.

Safona objawiła się w krwistej garsonce z brylantową broszką w kształcie liry. Sprawiła sobie nowe łydki, bardzo szykowne i świetnie na niej leżące. Rozmawialiśmy o nieistotnych drobiazgach, kilku orgazmach, trochę ponarzekaliśmy na bieżące czasy, tego wymagał konwenans.

— Co cię sprowadza? — zapytała, wypełniwszy towarzyskie obowiązki.
— Safciu, postanowiłem ukarać moich rodziców, Hermesa i Aresa, gdybyś nie pamiętała. Założymy rodzinę. Pięćdziesiąt lat na ziemi. Wspólnie i pod jednym dachem. Ares obiecał gotować, Hermes sprzątać.
— Dziwaczne macie poczucie humoru.
— To jest raczej przeczucie horroru — powiedziałem. — I wybacz kiepski żart. Nie jestem w najwyższej formie. Sporo pracowałem. Dużo strzelałem. Ręka mi nie drżała.

Safona westchnęła. Strzeliła palcami, otwarły się drzwi gabinetu, wszedł główny księgowy, Midas, skłonił się i podał swojej przełożonej teczkę z wydrukami. Safona spojrzała w papiery. Midas wycofał się rakiem.

— Twoi ojcowie są, praktycznie rzecz biorąc, bankrutami. Hermes w ostatnim czasie prawie nie opuszcza ziemi. Już jest na minusie. Mimo ogromnego kredytu, poręczonego przez Zeusa i Nike. Zaś Ares, on od początku balansuje na ostrzu noża, na granicy wypłacalności. Twoi ojcowie, kochanie, to gołodupcy.
— Wiem, Safciu, wiem. To mój pomysł i moja kara: półwiecze w rodzinie, dlatego to ja za to zapłacę.

Safona uśmiechnęła się cierpko, wystukując jakieś kody na klawiaturze.

— Mam nadzieję, że twoich ojców to zaboli, bo będziesz zmuszony zerwać większość lokat. Półwieczna rematerializacja trojga bogów na ziemi, uwzględniwszy zniżki, wygaszenie omnipotencji i tak dalej… — pani prezes przerwała na chwilę. — Czy miejsce nie ma znaczenia? Pytam, bo w promocji jest Polska.
— Może być Polska. Chyba tam niedawno polowałem. To gdzieś w Europie, prawda?
— Powiedzmy, na obrzeżach. Anus mundi. Daj mi chwilę, wejdę w plik.

Czekałem, co baza danych o Polsce powie.

— Więc w skrócie: stosunkowo stabilna demokracja, dominująca religia: katolicyzm magiczny oraz Stocznia Gdańska, główne osiągnięcia: Fryderyk Chopin i bigos.
— Co to jest bigos? — zapytałem.
— Nie wiem. Brak danych. Przekonasz się na własnej skórze. Ale wracajmy do sedna: tolerancja w zaniku od XVII wieku, są muzykalni, mieszczą się w pięciolinii, literatura skupiona na narodowych kompleksach, trudno przetłumaczalna, z kawalerią na czołgi kanałami, taką mam tutaj adnotację. Wydobywają sporo węgla, sieją rzepak, chętnie jedzą grzyby w ślinie oraz zepsute ogórki.
— A kultura? — zapytałem.
— Stosunek seksualny trwa zwykle poniżej kwadransa, wliczając w to grę wstępną. Orgazm właściwie nie występuje. Przemoc w rodzinie ma się dobrze. Płodność nieszczególnie. W sumie fajny kraj. W promocji zeszłego roku były Bałkany. A za rok planujemy Sajgon, na bis dla tych, co lubią wycieczki historyczne.
— Olimpijscy bogowie są popularni?
— Mity greckie w szkole podstawowej. Lektura obowiązkowa, wersja niezbyt przystająca do rzeczywistych wydarzeń, no wiesz, katolicyzm magiczny wyklucza pewne… okoliczności. Na przykład ty wcale nie powstałeś z Hermesa i Aresa. Jesteś synem Afrodyty. Afrodyta nie powstała ze spermy i morskiej piany, czytać dalej? Co z czego nie powstało, aby zaistnieć?
— Wystarczy. Biorę — stwierdziłem. — Dla siebie i tatów.
— Teraz kwestie finansowe. Dam ci wszystkie dopuszczal­ne zniżki. Mimo to, wróciwszy do miasta miast z tatami po półwieczu, będziesz prawie bankrutem. Warto aż tak nie­na­widzić rodziców?
— Warto — odpowiedziałem z przekonaniem, mając przed oczyma obraz Aresa doglądającego makaronu z wołowiną. — Odkuję się później.
— Wiesz, drogi Erosie, dziwna sprawa, ale ostatnio wielu bogów zrywa lokaty. Masowo migrują na ziemię. Uciekają jak szczury z tonącego okrętu.
— Na przykład kto? — zapytałem.
— Na przykład Nike i Jezus, Atena i Ozyrys, Batman i Robin.
— Stać ich?
— Na biednych nie trafiło — odparła. — Poza tym niektórzy rezygnują z boskiego pierwiastka. Zstąpią, zestarzeją się, umrą. Odrodzą się, ewentualnie, w wymiarze ultymatywnym.
— Dziwne — powiedziałem.
— Ja tam tylko pilnuję strony finansowej. Winien–ma musi się zgadzać. Niezależnie od moich sympatii. A sympatii mam niewiele, z empatią też cienko. Opowiadałam ci o nowym psychoterapeucie?
— Nie.
— Nie?! Boski. Uczy mnie uzewnętrzniać nienawiść i kanalizować ją na konkretnym obiekcie. Na razie ćwiczymy na talerzach. Skończymy na ludziach.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj