Kawiarnia literacka
Hybris w bieli
Drużyna polska nie zdobędzie może pucharu Euro 2012, bo piłkę, poza tym, że okrągłą, mamy dość mizerną – ale są za to duże szanse, że wygramy Światowe Mistrzostwa w Narzekaniu, Utyskiwaniu i Jojczeniu.

Jeśli ktoś takowe oczywiście zorganizuje. Cudowną własnością narzekania polskiego jest to, że na dwoje wróży: każda sytuacja jest zła, ale zła jest też jej odwrotność; na tym zasadza się nasz Płaczliwy Geniusz Narodowy. Ostatnią okazją do zaprezentowania go w całej glorii były grudniowe śniegi. Pół życia słyszę, że zimy dzisiejsze to nie to, co, panie dziejaszku, zimy dawne, teraz śniegu jak na lekarstwo, sanna żadna, dzieciom smutno, starcom nostalgicznie, aż cytują Villona i ślozy leją w herbatkę. Ale jak wreszcie trafiają nam się zimy z prawdziwego zdarzenia, mroźne, śnieżne, zaspiaste i zawiejne, to chór zawiedzionych lamentuje, że zima mrozi, nie dowozi, w zaspach tkwi i w ogóle za PRL było lepiej, bo junacy odśnieżali dzielnie, hu-ha! Słowem: tragedia.

Warto zatem powiedzieć o zamieci z prawdziwego zdarzenia. I o prawdziwej tragedii. Warszawę sparaliżowało ostatnio około 40 cm śniegu, parę zachodnich stanów – 30 cm (aż Barack Obama musiał odwołać wykład w Pensylwanii), natomiast w marcu 1888 r. na Nowy Jork i cztery najbliższe stany spadło go trzykrotnie więcej. Wielka Śnieżyca wywarła na nowojorczykach takie wrażenie, że – zamiast narzekać – 40 lat później powołali stowarzyszenie Blizzard Men of 1888 (w wolnym tłumaczeniu: Zawiejniacy z 1888), które gromadziło opowieści tych, którzy zawieję przeżyli (w obu, dodajmy, znaczeniach tego słowa).

Najwyższe zaspy sięgnęły 15 m, przykrywając całkiem pokaźne drzewa; pod ciężarem lodu i śniegu masowo padały słupy elektryczne i telefoniczne, a robotnicy odmawiali pracy w tak ciężkich warunkach – i słusznie, skoro w samym mieście Nowy Jork w wyniku zamieci straciło życie około dwustu osób, a dookoła drugie tyle. Stały wszystkie pociągi. East River zamarzła – kilku chłopców weszło na cienki lód i spłynęło rzeką ponad dwa kilometry; wyłowiono ich cudem w okolicach Battery. Dorożkarze zdzierali z klientów bajońskie sumy, podobnie sprzedawcy węgla i świec. Ludzie wychodzili z domu czy z pracy, po czym padali w drodze z wyczerpania, a śnieg elegancko ich zasypywał; XIX-wiecznym dżentelmenom zamarzały wszystkie formy pielęgnowanego zarostu; brody, wąsy, bokobrody zmieniały się w ostre bryły lodu, dyndające i obijające się o pokrwawione policzki i podbródki; nikt zapewne nie zliczył trwale odmrożonych uszu nowojorczyków. Niejaki pan Baremore, przedsiębiorca, powiedział swoim pracownikom, że nie boi się pójść do siebie na piechotę; parę dni później, ledwie przecznicę od celu, odkopano ciało nieustraszonego Baremore’a; cóż, może zasugerował się własnym nazwiskiem (brzmiące podobnie „bear more” znaczy „znieś więcej”; nie zniósł)?

Najsłynniejszą jednak ofiarą Wielkiej Śnieżycy był republikański senator Roscoe Conkling – mężczyzna, o którym w mowie pośmiertnej powiedziano, że jedynie śmierci się pokłonił. Był, rzeczywiście, pyszałkiem; jak wiemy, do klasycznej tragedii potrzeba hybris, czyli zaślepiającej pychy – Conkling mógłby nią obdzielić trzy domy Atrydów. Niemal 60-letni postawny mężczyzna znany był ze swojej dandysowskiej elegancji i rozlicznych romansów (bywało, że z mężatkami; ojciec słynnego komika kina niemego, „Fatty’ego” Arbuckle, dał synowi na imię Roscoe ponoć wcale nie dlatego, że był zagorzałym republikaninem, ale dlatego, że podejrzewał jego nieślubne pochodzenie). Conkling przez całe lata prowadził partyjne walki, pracował nad poprawkami do konstytucji, próbował startować w wyścigu prezydenckim; nie był chyba specjalnie lubiany, ale pewnie mu na tym nie zależało. Jego żywiołem była walka.

Nic więc dziwnego, że kiedy 12 marca 1888 r. wyszedł z biura na Wall Street i usłyszał od dorożkarza, że za trzykilometrowy kurs do klubu gentlemanów przy 25 Wschodniej musiałby zapłacić 50 dol. (jeden dolar ówczesny to około 50 dzisiejszych), wzruszył szerokimi ramionami atlety i poszedł Broadwayem na piechotę. Ulice były ciemne, brnął więc przez zaspy po omacku, próbując kierować się na północ. Tak dotarł do Union Square, gdzie śnieg oślepił go niemal całkowicie (Conkling przykładał do twarzy dłonie, żeby śnieg i lód odtajał, bo dopiero wtedy mógł cokolwiek zobaczyć); w końcu zapadł się aż po pachy w wysoką zaspę i przez ponad 20 minut usiłował się z niej wygrzebać. Wreszcie, po trzech godzinach wysiłków, dotarł do klubu, gdzie niemalże w progu osunął się na podłogę jak maratończyk. Opowiedział swoją historię i przez czas jakiś jeszcze się chełpił, że przeszedł trzy kilometry w Wielkiej Śnieżycy – niestety, nie pochełpił się długo; po wyziębieniu organizmu i wielkim wyczerpaniu nie doszedł już do siebie. Zmarł ponad miesiąc po pamiętnej wyprawie, 18 kwietnia 1888 r.

Jego rodzina – hybris jest na ogół sprawą rodzinną – nalegała, by Nowy Jork wystawił pomnik senatorowi dokładnie tam, gdzie zapadł się on po pachy w śnieg. Niestety, rada miasta była sceptyczna i uważała, że Conkling nie zasługuje na honor upamiętnienia akurat przy Union Square i po pięciu latach zgodziła się łaskawie na spiżową statuę na Madison Square, w pobliżu 25 Wschodniej, na którą nieszczęsny atleta próbował dotrzeć.

Niestety, na tym samym placu stał już pomnik sekretarza stanu Williama Sewarda, którego największym osiągnięciem było to, że kupił od Rosji śnieżną Alaskę. Amerykanie być może nie dostrzegli tego niefortunnego zbiegu okoliczności, tej złośliwej ironii losu; ja, jako prawdziwy Polak, mogę dostrzec, dostrzegam i mogę na niego ponarzekać!

Jacek Dehnel (ur. 1980 r.), laureat Nagrody Kościelskich z 2005 r., debiutował rok wcześniej tomem wierszy „Żywoty równoległe”. W 2006 r. opublikował powieść „Lala”, za którą otrzymał Paszport POLITYKI. Wydał m.in. tomy wierszy „Wyprawa na południe” (2005 r.), „Brzytwa okamgnienia” (2007 r.), „Ekran kontrolny” (2009 r., nominacja do nagrody Nike 2010) oraz prozę: „Rynek w Smyrnie” (2007 r.), „Balzakiana” (2008 r.), „Fotoplastikon” (2009 r.).

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj