Kawiarnia literacka

Polska po grecku
Sam do teatrów nie chodzę, bo wiem, że bym się zdenerwował.

Rzadko działa na mnie ta „magia”, a oglądanie z bliska ludzi męczących się, mówiących coś z pamięci, w dodatku najczęściej nago, jest arcyżmudną czynnością, aczkolwiek z pozoru bierną. Zaraz zaczynam drapać się, obgryzać sobie palce, przekładać nogę z nogi na nogę, co owocuje kopnięciem w nogę sąsiadki etc. Udziela mi się to zdenerwowanie panujące na scenie, ta ich trema, bo przecież wiadomo, że nawet Teresa Budzisz-Krzyżanowska jest przed wyjściem na scenę jak sparaliżowana, a co dopiero Sandra Korzeniak, uspokajająca się piciem wódki, którą pozwolił jej pić reżyser albo co gorsza nakazał, więc ona tak czy owak pije, a on mierzy ją wzrokiem surowym z ostatniego rzędu i coś tam burczy pod nosem, żeby ją jeszcze bardziej zdenerwować.

Owszem, Sandra to wielka artystka i nawet wolę ją widzieć na scenie niż pić z nią wódkę po prostu w knajpie, bo na scenie jej osobowość wydaje się wręcz ciekawsza, dzięki kreowanym przez nią postaciom. Ale to jest wyjątek, Sandrę znam, bo kiedyś dawno bywała u nas na imprezach i stąd potem zaskakiwały mnie jej kreacje. Na kacu i ze złamaną nogą, ale zawsze jakoś tam wystawały ponad przeciętność. W ogóle chyba lubię aktorów, np. Krafftówna jak gra, to zawsze idę. Z natury jestem zwolennikiem teatru gwiazdorskiego, idę zobaczyć gwiazdę, na resztę nie zwracam uwagi, wtedy jeszcze da się to wytrzymać, bo gwiazdy są nie z tego świata.

Ale tym razem to było co innego, znajomi zapytali mnie, czy nie wybrałbym się z nimi do opery, bo dostali wejściówkę na dziecko, którego nie posiadają, nie wypadało odmówić, a zresztą czemu by nie?, skoro operą była „Oresteja” słynnego Xenakisa, a nie jakaś Madame Baterflaj, na którą nawet pies by nie poszedł. Idziemy zatem i co widzimy: akcja dzieje się w Polsce. Zaczyna się w latach 40., tuż po wojnie, Ajgistos jest bodaj Sokorskim, a Klitajmestra Wasilewską. Zjawia się Agamemnon jako dzielny akowiec albo wręcz lotnik RAF i dalejże brać tę Wasilewską w tany, więc ona, zdjęta słusznym oburzeniem, rozwala mu łeb siekierą. Z kolei nadchodzi Orestes jako Gomułka i w ramach Wydarzeń Czerwcowych urządza krwawą łaźnię, za co go, znienacka przemienionego w Gierka, przeganiają Erynie w osobach zrewoltowanych stoczniowców. Gierek jednak powraca, tym razem pod postacią Ateny, która jak gdyby wizytuje wzorcowy zakład pracy i obiecuje zmęczonym Wydarzeniami Grudniowymi ludziom złote góry i kury, co złote jajka znoszą, która to przepowiednia nieoczekiwanie się sprawdza, przy czym nie jest to, niestety, tryumf realnego socjalizmu, tylko zwyczajnie Wydarzenia Sierpniowe. Tak czy inaczej, wszyscy są zadowoleni i tak się to wszystko kończy.

Czy ja kpię? Bynajmniej, po prostu streszczam Państwu akcję słynnej opery Xenakisa, który nie mając bladego pojęcia o historii Polski, oparł swe dzieło na mitologii greckiej, bo był Grekiem, pominąłem jedynie arię Kasandry, z którą reżyser najwidoczniej nie wiedział, co zrobić, i kazał ją po prostu zaśpiewać długowłosemu chłopakowi bez koszulki, co może od biedy oznaczać, że już w okowach stalinizmu istniało w Polsce rokendrolowe podziemie.

Reżyser ten zresztą wyszedł się ukłonić i okazało się, że to nie kto inny, tylko Michał Zadara, sympatyczny skądinąd kolega, kształcony w Wiedniu. Ja rozumiem, że on dostał się na orbitę „Krytyki Politycznej” i w związku z tym wszystko, co teraz robi, musi być o Polsce, dziać się w Polsce, mieć z Polską coś wspólnego, bo takie są rozkazy, taka obowiązuje wrażliwość. Tylko dlaczego historię tej kochanej i jakże niezbędnej Polski przedstawił w sposób tak skłamany? Czemu krew leje się nie tam, gdzie trzeba, i nie wtedy, kiedy istotnie się lała? Wszak to nie tow. Wiesław zamordował Wasilewską i nie stoczniowcy grudniowi wygnali Gierka z kraju. Co ma o tym myśleć licznie zgromadzona na widowni młodzież?, przecież to dla niej cała ta masakra, historia dla trzeciej klasy gimnazjum, z piosenkami.

Trochę na wyrost posiłkuję się tu młodzieżą, bo przecież młodzież z definicji jest bezmyślna i z entuzjazmem łapie się na oryginalny pomysł reżysera, przekraczający utarty schemat odgrywania tych starożytnych dzieł przez ludzi na koturnach i w maskach. Sęk w tym, że oryginalny to ten pomysł byłby, gdyby w taki sposób przedstawić historię Turcji albo proces kiszenia ogórków (aczkolwiek do tego bardziej przydatny okazać mógłby się Otello), historię Polski każdy z nas ma w małym palcu, w końcu jesteśmy Polakami i to nas, a nie kogo innego, dotyczy owa rdzennie polska polityka historyczna, nieznana w innych krajach Unii, gdzie wciąż pokutuje kompletnie wyśmiany u nas koniec historii, dobrobyt i starcia na podłożu rasowym.

Z wyjątkiem nowych sugestii i przypuszczeń na temat śmierci Wandy Wasilewskiej tudzież niesławnej emigracji Edwarda Gierka niczego się z tej „Orestei” nie dowiedziałem, a szkoda, zaskoczyła mnie również totalna nieobecność tragedii smoleńskiej, która chyba już dawno powinna była zagościć na deskach teatralnych, jeśli już nie za sprawą Xenakisa, to może chociaż Strawińskiego, jego „Rake’s Progress” kończy się wszak w domu wariatów, w którym obecnie żyjemy i pewnie też umrzemy, bo rzadko kto dałby radę w takich warunkach żyć wiecznie.

Adam Wiedemann (ur. 1967 r.) – poeta, prozaik, krytyk muzyczny, tłumacz z ukraińskiego i słoweńskiego, rysownik. Zna się też na złoceniu architektury. W swojej twórczości bywa sfinksem – lubi zagadki i paradoksy. Debiutował tomem „Samczyk”, za „Pensum” otrzymał Literacką Nagrodę Gdynia (laureatem Nagrody Kościelskich został już w 1999 r.). Kolekcjonuje sny, zebrał je w „Scenach łóżkowych”. Ostatnio ukazał się jego tom „Dywan” (2010 r.).

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj