Kawiarnia literacka
Książki jak markowe wino
Prawdopodobnie we wczesnym dzieciństwie wdrukowano mi do głowy, że osobom starszym należy się szacunek.

Piszę „wdrukowano”, nie „wbito”, gdyż ten szacunek od wielu lat mam dla dwóch osób, które zajmują się słowem pisanym. Rok bieżący przynosi dwa szczególne jubileusze: Julii Hartwig i Tadeusza Różewicza. Nestorzy naszej literatury są w dobrej formie artystycznej. Różewicz ogłasza właśnie reprint „Kartoteki”, niedawno opublikował ciekawy zbiór „Margines, ale...”, natomiast poezje Julii Hartwig można smakować w eleganckiej edycji wierszy zebranych lub sięgnąć do świetnego tomu „Jasne niejasne”.

O tych postaciach można spokojnie napisać pokaźnych rozmiarów biografie. I właśnie o biografistyce słów kilka. Nie kto inny jak właśnie Julia Hartwig wyznacza w literaturze gatunku pewne standardy, pomimo że napisała tylko dwie biografie, które są jednocześnie zajmującymi monografiami: Gěrarda de Nervala i Guillaume’a Apollinaire’a.

Ta druga została niedawno wznowiona. Ta ważna książka nie tyle mówi o francuskim poecie, chociaż dowiadujemy się o nim wiele, ile o samej Hartwig. Poetka posiadła niebywałą umiejętność pisania w czyimś imieniu – pisania bez emfazy. Jej Apollinaire to ktoś autentyczny – niegroźny łasuch, antyheroiczny piewca kubizmu, kochliwy poczciwina (w końcu „nasz człowiek”, po kądzieli Wilhelm Kostrowicki), który z prostych afektów i miłosnych zawodów potrafił wywieść takie arcydzieło jak chociażby „Strefa”.

Julia Hartwig, znakomita tłumaczka z języka francuskiego i angielskiego, jak diabeł święconej wody unika patosu i mistycznych uniesień, które byłyby zupełnie na miejscu – autorka pisze przecież biografię czasu, gdy w sztuce i literaturze jeszcze wszystko było możliwe, a odkrycia artystycznych talentów i nowe kierunki działania ich wyobraźni zdarzały się praktycznie co roku.

Gdzieś między 1900 a 1914 r. przez Paryż przeszedł twórczy dreszcz. Dawna kultura malarskiego i literackiego salonu zaczęła doznawać torsji, a młodzi rozbitkowie życiowi, w opiumowym rauszu, stworzyli kubizm i dadaizm oraz powolutku przygotowywali przewrót surrealistyczny. Wczorajsi nędzarze stawali się milionerami, jak Picasso, Braque, Delaunay czy Picabia (ten akurat był bogaty z domu), a Apollinaire wszystko to trzeźwo analizował i wspierał, jednocześnie budując swój autorytet jednego z najważniejszych, obok Cendrarsa, odnowicieli mowy poetyckiej.

Czytając ponownie książkę „Apollinaire” zupełnie nie zważałem na skąd-inąd fantastyczne anegdoty z życia tytanów kultury i sztuki, tylko na samą Julię Hartwig, która w pierwszorzędnym stylu pisarskim, w eleganckiej polszczyźnie, tak bardzo różniącej się od bagiennej elokucji, jaką uprawiamy na co dzień, powiedziała parę istotnych prawd o sobie samej. Jest może nadużyciem pospieszne identyfikowanie obiektu badań biograficznych z cechami biografa, ale z pewnością jeden rys dzieli Hartwig z autorem „Alkoholi”: intuicję.

Kiedy prześledzi się pospiesznie wybory poetki, chociażby translatorskie, widać jak na dłoni, że dla polskiej kultury była kimś na wzór profetycznego Apollinaire’a. To ona pokazała nam w polszczyźnie Maxa Jacoba, Pierra Reverdy’ego czy Blaise’a Cendrarsa (by ograniczyć się do obszaru francuskojęzycznego). Przekłady te nie pozostawały obojętne na jej własną praktykę poetycką, z czego kolejne pokolenia poetów mogły wyciągać praktyczne wnioski.

Kiedy myślę o Julii Hartwig, momentalnie pojawia się takie pojęcie jak bezinteresowność w dzieleniu się swoją wiedzą, być może właśnie dlatego, że jest to wiedza, która „odleżała” swoje jak wino. Książki takie jak „Apollinaire” są właśnie jak markowe wino, które nie podlega już rynkowej wycenie, jest właściwie bezcenne, i dlatego można się nim podzielić dla czystej przyjemności obcowania z czymś nieutylitarnym. Wiedza, jaką można posiąść dzięki lekturze biografii, jest zawsze niepraktyczna, do niczego nie może się przydać, zwłaszcza że wzorce osobowości współczesnego dandysa tak bardzo odbiegają od nieco bajkowego obrazu Apollinaire’a, który przechował się w reprodukcjach zdjęć. To biograf udziela żywotności dawno minionemu życiorysowi, poniekąd żyrując mu kredyt zaufania: własne życie. Julia Hartwig wiele lat temu zaufała francuskiemu poecie, ten odwdzięczył się jej w zmysłowej narracji, która pojawia się na kartach biografii.

Tak sobie dumam, że byłoby dobrze, aby ktoś spisał biografię Julii Hartwig, umiejętnie ją podszedł, gdyż poetka bardzo wstrzemięźliwie obchodzi się ze swoją przebogatą historią, ledwie kilka razy uchylając rąbka tajemnicy, zawsze na okoliczność wspomnień kogoś, kogo akurat znała lub z kim się przyjaźniła, w czym znać klasę przedwojennej kindersztuby. Dużo wiemy o Jarosławie Iwaszkiewiczu dzięki Hartwig, dużo o Arturze Międzyrzeckim. Czas zapytać Panią Julię o Panią Julię.

W 90 roku życia Julii Hartwig zastanawiam się, jak to jest, że nasze zbiorowe emocje budzą bohaterowie telewizyjnych igrzysk, że podniecamy się życiorysami serialowych aktorów, by nie wspomnieć, że w głębi ducha imponują nam niemi gangsterzy, ukrywający się za coraz śmielej tworzonymi pseudonimami. W jakiejś gazecie przeczytałem, że jeden z nich nosi dumną ksywę „Mózg” i przypomniała mi się anegdota: idącego ulicą potężnie zbudowanego mężczyznę zaczepia jakiś okularnik o posturze Woody’ego Allena, pytając: „Po co ci głowa?”. A ten odpowiada: „Jem nią”. Coś w tym jest. Z pewnością czysta poezja współczesności, o jakiej się nie śniło synowi hrabiny Kostrowickiej, która uważała uprawianą przez niego dziedzinę sztuki oraz towarzystwo kubistów za zwykłą gangsterkę.

Krzysztof Siwczyk (ur. 1977 r.), jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). Ostatnio wydał tomik poezji „Koncentrat” oraz zbiór esejów i felietonów zatytułowany „Ulotne obiekty ataku”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim mieszczącym się w domu, w którym żył Rafał Wojaczek.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj