Kawiarnia literacka
Trzy panie
Andrzej Partum, Jerzy Bereś i Andrzej Lachowicz, wszyscy ci trzej świetni artyści, mieli żony.

Piszę „mieli”, bo jeden umarł, jeden się rozwiódł, a jeden owdowiał (czas przeszły zawsze sugeruje, że stało się coś smutnego). Na wystawach Partuma, Beresia i Lachowicza już byłem, teraz poszedłem na wspólną wystawę żon („Trzy kobiety” w warszawskiej Zachęcie). Ich imiona: Maria, Ewa, Natalia, piękne imiona polskiej sztuki współczesnej. Awangardowej? Feministycznej? W każdym razie imiona, bo trochę to tak wygląda, że mężczyzna bliższy jest swemu nazwisku, a kobieta imieniu. Z nich trzech tylko pani Maria zachowała własne nazwisko, dołączając doń zresztą nazwisko męża. Jak nazywała się pierwotnie pani Ewa, próżno by dociekać. Pani Natalia wkrótce po zamążpójściu odrzuciła obydwa nazwiska, z imienia robiąc zarówno pseudonim, jak i obiekt artystyczny.

Bo też kobieta bardziej niż jakikolwiek mężczyzna czuje się tyleż twórcą, co i materiałem swoich dzieł; możemy to wywieść z faktu, że prawie każdej znany jest ze zwykłego życia rytuał malowania sobie twarzy i paznokci, w związku z czym najzupełniej naturalnie skierowuje ona oko kamery czy też aparatu na siebie samą, w przeciwieństwie do mężczyzny, którego stosunki z własnym ciałem są – jak to wykazała choćby wystawa „Ars Homoerotica” – niełatwe i wręcz dramatyczne.

Natomiast panie, przyzwyczajone do codziennego „robienia się na bóstwo”, czują się w swoich ciałach jak ryby w wodzie, choć trochę też i jak śliwki w przysłowiowym kompocie, gdyż mimo wszystko powielają na ogół XIX-wieczny, akademicki schemat „naga modelka i ubrany artysta” – chociażby kiedy pani Ewa, którą pierwszy raz w życiu widzę w ubraniu, stoi przed fotogramem przedstawiającym nagą panią Ewę pytającą o drogę umundurowanego policjanta, są to dwie różne persony, między którymi pojawia się sytuacja zawłaszczenia i wykorzystania, pomimo ich czysto biologicznej tożsamości.

Pani Natalia preferuje skórzane i lateksowe wdzianka znanej z pornosów sadomasochistycznej „dominy”, pani Maria zaś woli intymną, biało-różową atmosferę łazienki i wnętrza kosmetyczki; tak czy owak, w otoczeniu ich dzieł czujemy się miło i bezpiecznie, znacznie lepiej kulturowo zadomowieni niż pośród nagich mężczyzn, ciągle walczących o swoje równorzędne miejsce w ikonosferze.

Ta specyficzna nadreprezentacja kobiecego ciała w kobiecej sztuce trochę stępia jej pazur, jest to obecność z jednej strony doskonale ucukrowana przez sztukę „męską”, z drugiej zaś – pomysły naszych artystek dawno zostały przejęte przez popkulturę i szołbiznes, do „sztuki konsumpcyjnej” pani Natalii nawiązał bezceremonialnie Polański w „Gorzkich godach”, każąc tam swojej żonie obrzydliwie jeść jogurt; nagość w przestrzeni miejskiej upowszechniła Alanis Morisette w teledysku „Thank You”, a słodkie genitalia pani Marii przybrały ostatecznie postać lodów „Doda”.

Mężczyzna przedostaje się do tej sztuki pod postacią różnorodnie traktowanego, acz zawsze wyabstrahowanego penisa, pani Natalia pastwi się nad nim przy dźwiękach „Cwału Walkirii”, a pani Maria hołubi go jako delikatną, wykwintną ozdobę, którą tylko dlatego nosimy w majtkach, żeby jej nie uszkodzić. Zawsze jednak jest on reprezentowany przez coś do zjedzenia, banan albo ciasteczko, kuchenne metafory wciąż pozostają bliskie kobiecej wyobraźni, nawet jeśli mają nas odwieść od patriarchalnych przesądów i przyzwyczajeń. W zastąpieniu „kobiety do zjedzenia” przez „mężczyznę do posiekania” nie ma wszak nic artystycznie pociągającego, jest to wyłącznie „zwrot polityczny”, by użyć modnego obecnie terminu.

Z feminizmem najlepiej rozprawiła się pani Ewa, która w ramach niezadowolenia z tytułu „Trzy kobiety” stwierdziła: „Nie jestem kobietą, jestem artystką!” – istotnie, ideologia feministyczna przyświecała raczej autorkom wystawy niż jej bohaterkom, które kobiecość traktowały bardziej jako wehikuł niż punkt docelowy. W tym kontekście istotny wydaje się tu nostalgiczny powrót do awangardy jako ideologii estetycznej, doskwiera zaś brak prac nieodnoszących się bezpośrednio do płci, jak choćby „Przestrzeń paniczna” pani Natalii, gdzie jej twarz obleczona w (damską, bądź co bądź) pończochę jest po prostu twarzą człowieka starego i przerażonego.

Trochę to tak wygląda, jakby kobiety nie były w stanie dojrzewać, jak gdyby wraz z utratą konwencjonalnie traktowanej cielesności traciły również swój język, który jest zawsze – choćby i ironicznie traktowanym – językiem seksualnej atrakcyjności. Ciekawe, bo przecież od tego właśnie chciały uciec, temu się agresywnie przeciwstawić, używając jednak tej broni, którą miały pod ręką, swojego ciała.

Na powernisażowym bankiecie pani Ewa i pani Natalia siedziały do siebie tyłem, przedzielone ścianą. To też ma swój wymiar symboliczny, kobiety w gruncie rzeczy nienawidzą kobiet, zwłaszcza gdy są kobietami wybitnymi. Chciały wznieść tę kobiecość na wyższy poziom sublimacji, pozwalający się nią rozkoszować każdemu, niezależnie od płci i ewentualnego genderu, tymczasem świat je wtłacza z powrotem w kobietę, której zadaniem jest ładnie się ubrać i dobrze umalować, jak nie w inny, to choćby w ten sposób przyćmić koleżankę z branży.

Adam Wiedemann – poeta, prozaik, krytyk muzyczny, tłumacz z ukraińskiego i słoweńskiego, rysownik. Zna się też na złoceniu architektury. W swojej twórczości bywa sfinksem – lubi zagadki i paradoksy. Debiutował tomem „Samczyk”, za „Pensum” otrzymał Literacką Nagrodę Gdynia (laureatem Nagrody Kościelskich został już w 1999 r.). Kolekcjonuje sny, zebrał je w „Scenach łóżkowych”. Ostatnio ukazał się jego tom „Dywan” (2010 r.).

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj