Recenzja książki: Sandor Marai, "Niebo i ziemia"

Wyznania mizogina
Czytelnikowi, który jest kobietą, po tych wynurzeniach nie bardzo chce się podążać śladem jego wzniosłych myśli.
materiały prasowe

Oprócz powieści, nowel i dziennika Sándor Márai opublikował też trzy zbiory miniatur. Polski czytelnik znał do tej pory jeden z nich – „Księgę ziół”, teraz dostajemy do rąk wcześniejszy zbiór – „Niebo i ziemię” (1942 r.). „Nie mam żadnej innej broni przeciwko światu i czasowi niż pisanie” – notuje. W tych miniaturach żegna się z młodością, wkracza w smugę cienia, czyli wiek średni. Wraca wielokrotnie do dzieciństwa: trafnie pisze o porażającej nudzie tego okresu. Czasem konstruuje obraz poetycki, czasem tworzy portret innego pisarza. Do tych tekstów przywiązywał dużą wagę. W takich drobiaz-gach, odpryskach widać, zdaniem Máraia, prawdziwe oblicze twórcy. I rzeczywiście, wiele tu znajdziemy trafnych, pięknych zdań i kunsztownych obrazów, świadczących o wrażliwości.

Co jednak zrobić z tekstami, które konsternują? Márai z wielką wrażliwością opisuje zwierzęta, które mają zdolność współczucia. Jednak kiedy pisze o kobietach, wrażliwość znika, zastępuje ją czysta mizoginia. Z politowaniem patrzy na pisarkę pochyloną nad rękopisem w kawiarni. Chciałby jej powiedzieć, że pióro nie jest narzędziem dla niej, skaleczy swoje „śliczne rączki”. Jedyna sztuka, do jakiej zdolne są kobiety, to sztuka makijażu. Mężczyźni muszą kobietom pokazać ich miejsce, bo tym bidulkom zachciało się równouprawnienia. Márai, ni mniej, ni więcej, odmawia kobietom posiadania duszy, odmawia im wstępu do tej jakże elitarnej krainy piękna i wyższych doznań. Czytelnikowi, który jest kobietą, po tych wynurzeniach nie bardzo chce się podążać śladem jego wzniosłych myśli. Przecież i tak ich nie zrozumie, bo myśli tylko o nowej szmince.

Sándor Márai, Niebo i ziemia, przeł. Feliks Netz, Czytelnik, Warszawa 2011, s. 244

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj