Kawiarnia literacka

Na skraju antymiasta
Poszedłem z synem na wieczorny spacer, nad stawy. Siedliśmy i gapiłem się na drobno rozfalowaną wodę i na krajobraz, w którym mieszkam od zawsze.

Ani to wieś, ani miasto, bo nowoczesność nie jest w stanie udźwignąć pojęcia „miasteczka targowego”, jakim była ta moja „wieś gminna” przez pięćset lat, stąd kamieniczki i folwarczne zabudowania, stawy, pola i cysterskie dęby. Nie leży ani w Polsce, ani na Śląsku, bo Śląska już nie ma, a Polska jeszcze się tu nie zadomowiła. Nie leży to miejsce nawet w Europie ani nie leży poza Europą, wielkie nigdzie w środku umarłej cywilizacji, wyrastające z wnętrzności trupa pięćsetletnie dęby, obojętne wobec nowych domów z porothermu tak samo, jak obojętne względem stojących nieopodal seryjnych hitlerowskich domeczków z czerwonej cegły, z ogródkami; marzenie o robotniku związanym z ziemią przez uprawianie przydomowego poletka.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną