Kawiarnia literacka

Nasz kochany rasizm
Kiedyś na pewnym spotkaniu w Sztokholmie, w gronie osób na wysokich stanowiskach oraz przedstawicieli rodów, których potomkowie wspinać się już nie muszą, starsza reprezentantka dzianego klanu zagaiła uprzejmie do siedzącego obok niej menedżera wysokiego szczebla: „Jak pan się świetnie nauczył mówić po szwedzku!”.

„To dlatego, że się tu urodziłem – wyjaśnił mężczyzna, delikatnie biorąc do rąk sztućce. – Jestem Szwedem”. „Ach!” – powiedziała pani i zwróciła srebrną głowę w stronę sąsiada po drugiej stronie stołu. Menedżer, z pochodzenia Somalijczyk, przełknął spokojnie fragment ugotowanego na szwedzką modłę renifera.

Niedługo potem wpadłam na parę dni do Warszawy. Znów zasiadłam przy stole, ucapiona przez macki staropolskiej tradycji, kulinarnej opresji, dobrotliwej tortury wpychania w gościa przystawek, zupy, głównego, deseru i kompotu – a wszystko to pod czujnym okiem gospodyni, która zwrotów nie przyjmuje, bo się narobiła.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną