Kawiarnia literacka

Po młodzieżowemu
Starość jest rzeczą niemożliwą. A jednak się zdarza, i to niejednemu z nas.

A także niejednej, o czym niejedna i niejeden jak gdyby nie wie, mimo postępu nauk medycznych tudzież szeroko pojętej humanistyki. No dobra, w humanistyce niemożliwy jest postęp, a nauki medyczne mają na celu wyciąganie pieniędzy od osób chorych i biednych oraz wmawianie choroby zdrowym i bogatym, tak czy inaczej umrzeć młodo lub się zestarzeć, taki mamy wybór, a właściwie to nawet tego wyboru nie mamy, bo zwykle decydują za nas okoliczności, lekarze albo księża. Dlatego najzupełniej zrozumiały jest panujący nam kult młodości, pozwalający zapomnieć o tej przykrej alternatywie, wszystkie ubrania szyte są na młodych, a starzy noszą je, żeby młodziej wyglądać, nie to co kiedyś, kiedy dzieci ubierano w tużurki, niech spoważnieją i wezmą ślub oraz się do roboty.

W dzieciństwie miałem wrażenie, że ludzie zostali stworzeni takimi, jakimi są: starzy jako starzy, dorośli jako dorośli, dzieci jako dzieci. Zapomniałbym o młodzieży, młodzież również została stworzona jako młodzież, tak mi się wydawało, aż w końcu sam co prawda jakby wydoroślałem, ale wciąż jest tak samo: o Mieczysławie Jastrunie mówimy „stary Jastrun”, a jego syn Tomek na wieki pozostanie Tomkiem, choć jest już dziadkiem. Moi koledzy z podstawówki pozostaną małymi urwisami, bo się z nimi nie widuję, koleżanki z liceum to nadal fajne dziewczyny, bo na kolejnych rocznicach matury wyglądamy i zachowujemy się jak za dawnych lat, tylko dorosłym coś się stało, jakoś marnieją w oczach, czyżby się starzeli?

Obok kultu młodości, o którym już wspomniałem i który objawia się doborem modeli do reklam oraz wyborem muzyki w audycjach radiowych, pozostającej muzyką młodzieżową, nawet jeśli pochodzi z otchłani lat 60., obok więc tego kultu mamy zjawisko zwane ejdżyzmem (od ang. age – wiek), ruch umysłowy podnoszący hasła w rodzaju „Niech każdy się pieprzy z własnym pokoleniem!”, co jednak de facto znaczy „Wara, starcy, od naszych młodych dup!”, jest zatem ruchem skrajnie młodzieżowym i ekskluzywnym, produktem ubocznym tendencji opartych na wymogu tolerancji, takich jak feminizm, filosemityzm i homofilia. My też mamy prawo do swego wykluczenia – zdają się mówić młodzi ejdżyści i walczą o ulgi dla firm zatrudniających wyłącznie młodzież, bezpłatną edukację i ograniczenia wiekowe dla aktorów występujących w scenach erotycznych, co po części jest słuszne, po części ekscentryczne i daj im, Panie Boże, nigdy się nie zestarzeć.

Ejdżystą à rebours postanowił zostać mój rówieśnik, prof. H., filozof z Krakowa, który jakiś czas temu ogłosił w popularnym tygodniku swoją wyważoną krytykę młodzieżowego rozumu, wywołując falę mniej lub bardziej sensownych polemik ze strony samej młodzieży, po czym sprawa pewnie by ucichła, gdyby nie odrobinę spóźniona, acz nader spektakularna facebookowa riposta znanej (także ze swego demonstracyjnego ejdżyzmu) młodej publicystki, nazywającej H. „fiutem profesorkiem”, który ją „doprowadza do szału, a to tylko wierzcholek gory tego, jak zjebane jest polskie myslenie”. Reakcje tym razem były już gorętsze, z wyrzucaniem się z grona znajomych i zawiązywaniem koła obrońców autorki włącznie. Paradoks polega jednak na tym, że wypowiedziała się tu taka właśnie młodzież, o jakiej prof. H. marzył: gorąca, ideologicznie zorientowana, co z tego, że przeciw niemu i takim jak on starym uniwersyteckim wyjadaczom, przykładającym do wszystkiego swoje filozoficzne instrumenty, co z tego, że niepowołująca się nawet na jego artykuł, tylko na jakiegoś anonimowego blogera – tak właśnie ma być, tak teraz wypada, młodość dyktuje formy, a tych będziemy bronić do upadłego, do totalnego zestarzenia.

Prof. H. krytykuje młodzież za jej brak ideowości, ale czym niby taka ideowość miałaby być uzasadniona? Interesem społecznym? – bynajmniej. Sankcją metafizyczną? – tej sam profesor nie uznaje. A zatem pozostaje nader złudne piękno ludzkiej egzystencji, upiększanie pięknego, młodzież bowiem sama przez się jest piękna i ma tego świadomość, a jak napisał Arystoteles, człowiekowi pięknemu trudno jest brać na siebie zobowiązania moralne.

H. chciałby po prostu upiększyć sobie to, co już i tak piękne, dorobić trochę piękna w pięknie, jako wytrawny pedagog może sobie już mieć młodzieży dość, lecz przecież piękna jest tylko ona, kiedyś jej perfumą był antykomunizm, dziś jest to hedonizm, i hedonizmu swego ona się nie wyrzeknie, a świat stanie po jej stronie. Bo komuż, jak nie światu, zależy na tym, by pozostawała wierna świętej zasadzie: w tygodniu można sobie poimprezować, ale z soboty na niedzielę trzeba się porządnie narąbać, zawsze mnie śmieszy ta obowiązkowość, z jaką młodzież, skądinąd inteligentna i nawet wykształcona, stawia się w klubach, by rozpocząć swoje drętwe gadki – chodzi wszak o przetrzebienie szarych komórek, których genetycznie uwarunkowany nadmiar nie tyle pomaga myśleć, co przeszkadza.

Tymczasem słyszę, że w Berlinie Robert Wilson, stary, bo stary, ale sławny, w roli 16-letniej Lulu obsadził 67-letnią Angelę Winkler. Czyżby z Zachodu nadchodził zmierzch młodości?

Adam Wiedemann – poeta, prozaik, krytyk muzyczny, tłumacz z ukraińskiego i słoweńskiego, rysownik. Zna się też na złoceniu architektury. W swojej twórczości bywa sfinksem – lubi zagadki i paradoksy. Debiutował tomem „Samczyk”, za „Pensum” otrzymał Literacką Nagrodę Gdynia (laureatem Nagrody Kościelskich został już w 1999 r.). Kolekcjonuje sny, zebrał je w „Scenach łóżkowych”. Ostatnio ukazał się jego tom „Dywan” (2010).

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj