szukaj
Kawiarnia literacka
Raz, dwa, trzy, nie zapominaj ty
Powiedziała mi pani, która przeżyła Ravensbrück: „Przecież w Niemczech nadal są ludzie, którzy hailują!”. Widziała takich, kiedy pojechała do liceum opowiadać o pracy przymusowej w fabryce koncernu Bosch.

Z rozmowy z nią wywnioskowałam, że traktuje to wszystko jako „młodzieńcze szaleństwa”. Po prostu hailujący nie zdają sobie sprawy z tego, co to naprawdę znaczy. Nie chciałam mówić tej pani, dziś grubo ponad osiemdziesiątkę, że „młodzieńcy” doskonale wiedzą, co robią, i nie zawsze są z gimnazjum. Że w Polsce też podnoszą rękę, udając, że to zamawianie piwa, nawiązanie do tradycji pogańskiej, że sobie rozprostowują ramiona, że sobie machają. Znacie to? Znamy. No to patrzcie uważnie: młody chłopak kopiący Wietnamczyka na przystanku, bo ten zabiera pracę Polakom. Pan w garniturze obwieszczający żydowski spisek. I jeszcze młoda kobieta domagająca się większych uprawnień dla państwa i policji, bo w tym kraju to burdel na kółkach.

Trudno się uspokoić, że przecież my już faszyzmu nie mamy. Mamy przecież Marsze Niepodległości i umiłowanie ojczyzny. Skrajne. Ksenofobiczne, osadzone w umiłowaniu samych siebie. Współcześni niepodległościowcy wiedzą już, że przyznanie się do rasizmu czy choćby nacjonalizmu jest w złym tonie. Pouczają się na swoich forach internetowych, żeby na demonstracje ubierać się w garnitury i do kamer puszczać tylko tych, co nie palną nic o Żydach i polskiej krwi. Potem pouczają również swych wrogów, że kompletnie mylą pojęcia i chyba encyklopedii na komunię nie dostali, bo słowa na „f”, słowa na „n” używają zamiennie i błędnie.

Ach, jak ja szanuję swoją ojczyznę, mówię wam, ale szanowałabym bardziej, gdyby pani z poharataną od wojny ręką nie musiała teraz gładzić się po włosach i mówić: „Mam nadzieję, że ludzie zrozumieli, że nienawiść rasowa do niczego nie prowadzi”. Oczywiście, Widzew-Żydzew, Jedna Rasa – Słowiańska Rasa. Proszę pani, sytuacja pod kontrolą.

Zaraz mi się przypomina Bożena Keff i jej „Utwór o matce i ojczyźnie”. Autorka cały rozdział poświęciła różnym rasowym wyliczankom, takim mądrościom prosto z poczekalni do lekarza. Podała tym samym w wątpliwość dogmat ojczyźniany. Skoro w naszym kraju ma być nam najlepiej, to dlaczego pamięć o ciemnych epizodach z jego historii jest chowana do szafy? Czy atmosfera samozadowolenia nie jest wynikiem właśnie przepełnionej szafy, co to nie jest przecież z plasteliny i swoje ograniczenia ma? Schowaliśmy w niej już tyle niewygodnych nam zdarzeń i symboli, że jak kiedyś wszystko się rozwali w drzazgi, to najlepszy stolarz od narodowego liftingu nie pomoże. A babcie-kombatantki tłumaczą cierpliwie drżącym głosem: nie bawimy się w wojnę, nie bawimy się w raz, dwa, trzy – zapominasz ty.

Babcie, babcie. Źródła energii życiowej. Podkręcają sobie aparaty słuchowe, kiedy pytają grzecznie, kim są ci ludzie maszerujący pod hasłami czystości rasowej.

Pomarszczona skóra z wysiłkiem sięga wtedy po szklankę wody. Obwisła skóra powiewa jak narodowa flaga. A na tej fladze wytatuowany numer obozowy, który jest naszym godłem. Jest naszym narodowym PIN, co go nie możemy zapamiętać. Panie dziwią się, że władze pozwalają na legalne demonstracje zakapturzonych fanów aryjskości.

Nasza historia ma swój szyfrowany dostęp, wlecze się za nami jak pępowina ten beznadziejny sznur, w którym pompują się wspomnienia, oskarżenia, wymagania. Pamięć rzecz ważna, tylko zainteresowanych brak. I cóż, że ci ktoś zginął na wojnie. Wojna jest od tego, aby ludzie ginęli. I co to teraz znaczy, kiedy w takim mieście jak Warszawa defiluje Młodzież Wszechpolska czy Narodowe Odrodzenie Polski. Zaraz, zaraz, mówi babcia, ja to chyba skądś znam. Coś mi te nazwy mówią.

Problemy z pamięcią. Wiadomo, starość. Tylko czy my wszyscy jesteśmy już tacy wiekowi, żeby zapomnieć?

A Keff pisze o nas wręcz: „nie rozumieją własnej historii i tożsamości nie mają, współczuć nie umieją, empatii nie znają ci po-niewolnicy szlachty”. Reguły są proste: „obcy ma być żydem i w podziemiach knuć”. No dobrze, ale kim są ci „oni”? Panowie w telewizji, którzy potrafią komentować wszystko i nic. A może owi chłopcy wymachujący hasłami o zdrowej rodzinie? A może to my sami powtarzający nieświadomie słowo „normalność”, odmieniane w każdej postaci. Domagający się normalności, wymyślający jej definicje i przejawy w każdej dziedzinie życia. Przecież w tych warunkach nie można spokojnie powiedzieć niczego o patriotyzmie! Takie pojęcia są ukradzione, zagarnięte i obrzydzone. Nawet ucieczka w matriotyzm – przywiązanie do historii przodkiń – brzmi fałszywie.

Spotkanie wspominkowe zbliża się do końca, padają pytania z sali. Spoglądam jeszcze na swoje notatki, gdzie kłębią się złote myśli i nienazwane tematy. Nic tu po nich. Byłe przymusowe pracownice, ofiary wojny i Tamtych Czasów mówią jeszcze. Niekończący się tekst, niekończącą się narrację swojego życia ukorzenionego w przeszłości jak żadne inne.

Babcia pierwsza: młodzież nie wie nic o tamtych czasach.

Babcia druga: taki piękny apel nam przygotowali, dla każdej z nas były kwiaty.

Babcia trzecia: moje koleżanki nie mogą już o tym wszystkim mówić.

To ja się tej trzeciej pytam: ale jest sens tak cały czas opowiadać o tej wojnie? Jest, stwierdza ona. Żeby to się nigdy więcej nie powtórzyło. Tak właśnie. Czy wszyscy demonstrujący to słyszą?

Sylwia Chutnik – autorka „Kieszonkowego atlasu kobiet” (Paszport POLITYKI 2008, adaptacja w stołecznym Teatrze Powszechnym), „Dzidzi” (adaptacja w Legnicy) i „Warszawy Kobiet”. Działaczka społeczna, felietonistka i przewodniczka miejska po Warszawie. Słucha punk rocka i Hanki Ordonówny. Jak dorośnie, to zostanie Pippi Langstrumpf.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj