Kawiarnia literacka
I ty możesz zostać Rosjanką
Jestem pod ogromnym wrażeniem książki Swietłany Aleksijewicz „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”.

Gdyby ktoś zdobył się na odwagę, by wsadzić kij w historię XX w., a dokładniej: w „his-story” ubiegłego stulecia, musiałby cytować dzieło białoruskiej pisarki od dechy do dechy, a o Marusi i Lidce z „Czterech pancernych” nie padłoby ani jedno słowo. Tam każde zdanie jest skargą, ale też ulgą-wyznaniem kobiecej duszy, która kobieca jest najpierw, a dopiero później radziecko-rosyjska. Heroiczne bohaterki wieczne drugiego planu wychodzą po latach z męskiego cienia, przesuwają się, owszem – trochę nieśmiało, bliżej proscenium Historii. Opowieść Aleksijewicz jawi się jako odzyskany głos Rosjanek, którym język wyrwała wojna, a gardło zalał cement pomników.

Czas na Polki! – chciałoby się wykrzyknąć – i ich wyjście z patriotycznego getta. Ale też czas na Niemki, Rumunki, Łotyszki, Litwinki i wszystkie inne niewysłowione nacje żeńskiego rodzaju. Jedna Aleksijewicz, jedna Müller, Zabużko, Jelinek wiosny nie czynią, choćby ich dzieła ułożyły się w ptasi klucz pasujący do kobiecej rewolty. Każdy facet przynajmniej raz w życiu robi sobie rewolucję, jak nie na świecie, to na własnym podwórku – domowym sposobem wcielając utopie niewydarzonego umysłu.

A wy, drogie panie? Chcecie drogą ewolucji iść ku głównej arenie Historii, dyskursów i symbolicznych przechwyceń? Aż tak długo świat chyba nie będzie istniał. Przecież co roku wieszczy się jego koniec.

Sekret władzy realnej i symbolicznej jest banalny: światu należy wmówić, że jest się bohaterem pierwszego planu. I nieważne, czy świat ten ogranicza się do rodziny, czy też dotyczy spraw makro. Nie liczy się również morale bohatera – etyka i sumienie nie mają tu nic do rzeczy. Skoro funkcjonujemy w społeczeństwie spektaklu, to jest oczywiste, że jeden leci Hamletem albo Konradem, inny trzyma halabardę, jeszcze inny siedzi posłusznie na widowni. Ważna pozycja, nie to, co masz do powiedzenia. A z pozycji władzy możesz bredzić wszystko. Reżyser ustawił spektakl i opuścił kulisy.

Bohatera pierwszego planu cechuje moc hipnotyczna i „ja” odmieniane przez wszystkie przypadki. Skupia na sobie uwagę, a słuchająca go publiczność może tylko nieświadomie cytować Pilcha. Pod wpływem mediów ludzie zdradzają tę idiotyczną skłonność, że „z kulawym kuleją, z jąkałą się jąkają, z rudym rudzieją, z durniem durnieją”. Skądinąd empatia pożądana na niwie literackiej, w życiu społecznym skutkuje czymś kuriozalnym. Bohater natomiast nie doznaje uszczerbku w istocie swego bohaterstwa. Przykład? A choćby niedawna zadyma ze Strauss-Kahnem. Temu finansiście, nadziei zachodniej lewicy, niedoszłemu Dawidowi, który pokonać miał Goliata Sarkozy’ego, udało się przesunąć akcent z problemu płci na problem stricte ekonomiczny, niezwiązany ani z gender, ani z fallicznością międzyludzkich struktur.

I jeszcze trochę, a naprawdę uwierzę w „odpowiedzialność wędrowną”, o której pisze Bauman, to znaczy: odpowiedzialność niczyją. Bo przecież męczące obrady, ważkie tematy, bo ekskluzywny hotel, gdzie nie wiadomo, co jest w pakiecie, a za co trzeba zapłacić, do tego pałętająca się pokojówka, no i skłonność, a gdzie skłonność, tam słabość, drink może zbyt mocny i sami... „wicie-rozumicie”...

Biedny ten Dominique. Po fakcie: skruszona konfesja. „Gdy na gwałt potrzeba bohatera, pojawił się błazen, w dodatku poważny” – podpowiada Gombrowicz. Czyż giełdy nie wstrzymały w napięciu oddechu, czyż nie zatrzęsły się posady globalnego gmachu finansów? Nie szkoda pokojówek, gdy mogą zapłonąć banki! Wszyscy zaczęli się jąkać za Strauss­Kahnem. Tak jak wcześniej zrudzieliśmy z Clintonem, jak durniejemy z Berlusconim i jego watahą prawniczych sofistów. Zadziwia mnie rozgrzeszająca siła spodni.

Durniejemy ze swoimi bohaterami pierwszego planu, a ofiary, te prawdziwe i domniemane, są niewygodnym, chwilowym kłaczkiem, niczym kłaczek w pyszczku kota ze „Shreka”. Kłaczek stanął bohaterowi w gardle. Bo pokojówka to kłaczek, bo sekretarka to kłaczek, jakaś nad wiek wyrosła nimfomanka też. One złośliwie utrudniają bieg dalszy spektaklu – uległy czarowi bohatera pierwszego planu albo siłom wrogiego wywiadu.

Na szczęście chwilowa groza przechodzi w rubaszny chichot. Bo, umówmy się, wielu „prawdziwych facetów” klepie po pupach, tych wyimaginowanych pupach, i tych realnych, wielu ze swoją płcią obnosi się niczym z plemiennym totemem i stroszy piórka, choćby i powiatowego macho. Różnica taka, że bohaterowie pierwszego planu są narażeni bardziej na „wpadkę”. Od osoby publicznej należy wymagać więcej dyscypliny, po to wymyślono polityczną po­prawność.

W tym momencie też zgrzeszyłem, obdarzając zbytnią uwagą bohatera pierwszego planu. A chciałem o Rosjankach, a jeszcze bardziej: o „mentalnych Rosjankach”, które w książce Aleksijewicz stały się dla mnie symbolicznymi postaciami. Na moment wyszły z ciszy, odwróciły uwagę od bohaterów, którym przez lata cierpliwie podawały kwestie: od radzieckich herosów, od tytanów czerwonoarmistów.

Przypomina mi się przejmujący fragment książki „Dlaczego zginął Karl von Spreti” Kapuścińskiego: „Ludzie, którzy piszą historię, zbyt dużo uwagi poświęcają tzw. głośnym momentom, a za mało badają okresy ciszy. Cisza chciałaby, żeby jej spokoju nie zakłócał żaden głos – skargi, protestu, oburzenia”.

Święte słowa znawcy afrykańskiego kontynentu. Odnoszę wrażenie, że w środku zachodniej cywilizacji istnieje czarny ląd ciszy, a te wszystkie pokojówki, sekretarki, naiwne lub przebiegłe kochanki, są emanacją jakiegoś postkolonialnego porządku.

Mariusz Sieniewicz jest autorem powieści „Prababka”, „Czwarte niebo”, „Rebelia” i zbioru opowiadań „Żydówek nie obsługujemy”. Ostatnio ukazała się jego powieść „Miasto szklanych słoni”. Był trzykrotnie nominowany do Paszportu POLITYKI.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj