Kawiarnia literacka
Zamów sobie powieść
W tym roku mija 10 lat od mojego debiutu i właściwie mogę już powiedzieć, że jestem starym pisarzem. Nabyłem trwałej niezdolności do pracy na etacie.

Z każdym szefem szybko bym się pokłócił i wyszedł trzaskając drzwiami, dziwiąc się, że ktoś mi mówi, co mam robić. Potrafię za to godzinami spacerować w kurorcie po sezonie i rozmyślać. Niedługo zacznę nosić sztruksowe, brązowe marynarki! Najwyraźniej nie ma już dla mnie powrotu do społeczności ludzi normalnych. Z tej okazji postanowiłem zafundować sobie felieton o zaletach pisania. Skoro już nie obchodzi się dziś jubileuszów...

Otóż, jest wiele rzeczy najpiękniejszych: codzienne spanie, do której się chce, uniesienia „gdy wychodzi”, zero wyścigu szczurów, chyba że za taki uzna się nagrody, a przede wszystkim powiększające się z każdą książką grono czytelników, fanów, przyjaciół i informatorów. Do ostatniej powieści musiałem zrobić wywiad z policjantem, który pracował w wydziale kryminalnym. Chciałem wiedzieć, jak działa komisariat, jakie są relacje policjantów z prokuratorem itd. Krzyknąłem o tym na Facebooku i po kilku dniach już nagrywałem emerytowanego ojca którejś z moich fanek. Któremu z tego miejsca serdecznie dziękuję.

W Szczecinie mieszka marynarz, który chce mi coś opowiedzieć. Snajperzy z brygady antyterrorystycznej pokazywali mi broń, co weszło na stałe w poczet kultowych scen mojego życia. Człowiekowi zaczyna się zdawać, że nie ma rzeczy niemożliwych, że jest otoczony ludźmi, którzy zawsze mu pomogą. Możliwe, że bardzo to złudne. W każdym razie pisarz jest jedynym chyba jeszcze dziś artystą, który nie firmuje swoim nazwiskiem cudzych wytworów, lecz sam, od początku do końca, produkuje dzieło.

Czy pamiętacie słynną „rzeźbę” Katarzyny Kozyry „Piramida zwierząt”? Wypchany koń miał na grzbiecie wypchanego psa, na psie stał kot, a na kocie kogut. Mam nadzieję, że nic nie pomyliłem. Rzeźbą w każdym razie to było w cudzysłowie. Do dzieła artystka dołożyła tabliczkę, na której informowała, że do produkcji „rzeźby” użyła skór zwierząt padłych oraz takich, które nabyła i poleciła uśpić. Potem oczywiście (dodaję już ja) poleciła je wypchać specjaliście i tak naprawdę jej była głównie koncepcja i pieniądze. Inni artyści nawet o tym nie informują. Jeśli robią instalację wideo, wiadomo, że nie oni wykonali monitor plazmowy wiszący na ścianie.

I teraz wyobraźmy sobie przez chwilę, że tak właśnie mogłaby powstawać literatura. Jak by to wyglądało w praktyce? Otóż zamierzam napisać kryminał. Zamiast sam wymyślać fabułę, kupuję ją u jakiegoś Mankella albo Jo Nesbø. Mówię mu, że chcę coś zblazowanego i perwersyjnego, żeby się działo tu i tam, tacy a tacy bohaterowie. Dostaję gołe streszczenie na dwóch kartkach maszynopisu, płacę. Czytam je, jest pełne nagłych i nieoczekiwanych zwrotów akcji, ma momenty, w których „nie można się oderwać od lektury”, sporą dozę krytyki społecznej itd. Akcja dzieje się w konkretnym środowisku zawodowym. Wywiady w terenie robią dla mnie „riserczerzy”. Przywożą zdjęcia i nagrania osób ze środowisk, spośród których będą werbowani bohaterowie.

Za opisy wnętrz czynię odpowiedzialnymi projektantów wnętrz, za stroje – stylistów, za dekoracje – dekoratorów. Niech mi dekorator wymyśli, jak ma mieszkać bohater. Artystę, którego język najbardziej mi się podoba, wynajmuję do ubrania całości w słowa. Wszystkim, oczywiście, płacę. Płacę dosłownie na lewo i prawo. Sam zaś czuwam nad powstawaniem dzieła, doglądam, czasem coś podpowiem, czasem ze stylistą bardziej ubrudzimy bohaterowi twarz albo potargamy włosy, czasem z projektantem wnętrz ustawimy na stole bohatera jakiś okropny wazon... Pracy a pracy przy takim doglądaniu. Bo to i z technicznymi od dźwięków trzeba dodać trochę grzmotów burzy, i z muzykiem dać podkład muzyczny. Na koniec sygnuję to wszystko moim nazwiskiem i „wychodzę” na pokazie.

A teraz wyobraźcie sobie, że pisarz robi to wszystko sam, bez żadnych pieniędzy i pomocy. Nie ma nawet jednego asystenta. Dużo pracy, ale jaki porządek!

Praca pisarza często jest podobna do robienia filmu: montuje się, nakręca sceny, wywala. Ale, o ileż łatwiej. Mówisz i masz! Jak pomyślę, ile trzeba się namęczyć, aby jakąś ulicę na potrzeby filmu naprawdę przywrócić do stanu z lat – powiedzmy – 50., włosy jeżą mi się na głowie. Użeranie się z firmami, żeby zdjęły swoje neony znad sklepów, z właścicielami aut, żeby raczyli się, w imię sztuki, przesunąć, budżet, sponsorzy, którzy upierają się, aby w tych latach 50. jednak była widoczna ich firma, która wtedy nie istniała!

Tymczasem ja po prostu mówię, czy też piszę, że ulica jest szara, smutna, neon kawiarni Kolorowa smętnie dogorywa, jedna stara Warszawa stoi zaparkowana i dwóch tajniaków w środku pali. Jeden w kapeluszu, a co! Stać mnie na kapelusz dla niego! Mój budżet to prąd wydany na działanie notebooka i tyle. Nie kręcą mi się spóźniający się styliści, nie plączą fryzjerzy i dekoratorzy. Sam w absolutnej ciszy, w pełnym skupieniu, latam po tym planie. Casting przeprowadzam spośród znajomych, bo w każdym bohaterze kryje się jakaś realna postać. Miejsca wybieram spośród tych, które już kiedyś widziałem. Dlatego czasem jednak inwestuje się jakieś pieniądze, jedzie specjalnie zobaczyć jakieś miejsce, z kimś pogadać. Kosztorys to 500 zł: noc w hotelu i bilety pociągowe w obie strony.

Tak, pisarze są trwale niezdolni do współpracy z innymi ludźmi, przyzwyczajeni robić wszystko sami i wyczarowywać z wyobraźni. Sam nagram audiobooka i sam wymyślę, co ma być napisane na okładce. Zosia Samosia. I to jest właśnie piękne.

Michał Witkowski – postinteligent, pisarz środka i Andrzej Gołota polskiej prozy. Debiutował zbiorem opowiadań „Copyright” (2001), wydał powieści: „Lubiewo” (2005), „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” (2007), „Margot” (2009) i zbiór opowiadań „Fototapeta” (2006). Mieszkał w Warszawie, obecnie wrócił na stare śmieci do Wrocławia, gdzie pisze kryminał.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj