Kawiarnia literacka
W poszukiwaniu straconego symbolu
Dzielenie się wspomnieniami z wakacji uznać można za nietakt, zwłaszcza w stosunku do tych, którzy pozostają w domu.

Niemniej zdarzają się sytuacje, w których nie należy pozostawiać do własnej wiadomości faktów o niemal państwowej wadze. Otóż uprzejmie donoszę, że wiem, gdzie przebywa armia bocianich dezerterów, których nie można się doliczyć na polskich słupach elektrycznych, ewentualnie kominach wiejskich domostw. Na własne oczy widziałem zdjęte strachem przed ojczyzną bociany, stacjonujące aktualnie na minaretach w Maroko. Liczebność tego tchórzliwego ptactwa dalece przewyższa rodzime bocianie zasoby. Symbole więc, o czym świadomie donoszę, mają najwyraźniej nieco kosmopolityczny charakter, nad czym należy ubolewać. I o takim kosmopolitycznym symbolu słów kilka.

Kiedy podróżuje się na własną rękę po Maroku, zdarzają się sytuacje nad wyraz frapujące i nie mają one wiele wspólnego z folderowym wizerunkiem kraju oaz, pustyni i doskonałej kuchni. Maroko to dla mnie przede wszystkim fascynująca historia kolonialnych wpływów, literackich komun, jak ta najsłynniejsza w Tangerze, ale także miejsce wiecznego spoczynku jednego z najbardziej wyrazistych kosmopolitycznych buntowników: Jeana Geneta. Mniej więcej po czterech dniach samochodowej podróży z Polski dotrzeć można do Larache – miasta, które na pierwszy rzut oka wygląda jak ruina po gigantycznym, odbytym w pośpiechu i przerażeniu exodusie.

Wszechogarniający syf i malaria, walające się papierzyska, pomykające przed maską auta chude krowy, wyleniałe osły i dosyć chaotyczna zabudowa przedmieścia mogą zdjąć strachem nie tylko bociana. Te akurat w Larache nie zatrzymują się na dłużej. Stopniowo pojawiają się ludzkie kształty, stojące lub siedzące w cieniu blaszanych baraków, popijające miętowe napary i patrzące na takich białych chrześcijańskich innowierców nieco podejrzliwie. Mam tu na myśli siebie i bociany. Jednak po chwili dociera się do centrum, które olśniewa swoją kolorystyką. Piękna – w sensie pięknego zaniedbania – medyna oraz zjawiskowy okrągły plac w postfrancuskiej zabudowie tworzą klimat niegdysiejszej kolonii, jakiegoś miejsca dla wtajemniczonych dziwaków, ludzi pozostających poza granicami karnego i uczciwego społeczeństwa.

Pierwszy kontakt z tubylcem okazał się zupełnie kapitalny. Młody Marokańczyk (z urody połączenie Araba i Berbera) zapytał, co tu porabiamy z żoną. Zaproponował konwersację w trzech językach, którymi biegle włada. Wybraliśmy angielski, chociaż, co zrozumiałe, on preferuje francuski i hiszpański, ale przeciwko kosmopolitycznej angielszczyźnie nic nie miał. Od razu zaznaczył, że nie chce kasy. Nie jest żadnym fałszywym przewodnikiem, zresztą nie ma tu po czym oprowadzać – wszystko samo zaprasza do wejścia. Opowiedzieliśmy mu trochę o Genecie, którego nie znał, i razem udaliśmy się na stary, zamknięty hiszpański cmentarz, na którym spoczął pisarz.

Po sforsowaniu wysokiego muru, ataku cmentarnych psów i wrzaskach „cmentarz-babci” odnaleźliśmy klepisko obłożone białym kamieniem. Tabliczka informowała o dacie urodzin i domniemanym dniu śmierci autora „Matki Boskiej Kwietnej”. Cały ten grób jest kwintesencją Geneta. Wygląda jak wyrzut sumienia. Genet, ten drobny złodziej, niewierny homoseksualny turysta, a jednocześnie gigant literatury, o którym Jean-Paul Sartre napisał to, co napisał, czyli że był „święty”, spoczął nad Atlantykiem wprost pod murami więzienia w Larache. W tym sensie okazał się konsekwentny. Podczas swojego długiego życia zaliczył sporo odsiadek, w trakcie których bynajmniej nie przeszedł resocjalizacji, czego tym bardziej nie można oczekiwać w niebie, do jakiego trafił jakby awansem – jeżeli Sartre miał rację.

W pewnym momencie, po II wojnie światowej, ciążył nad nim wyrok śmierci. Jednocześnie uchodzi za wielkiego moralistę, który owych „moraliów” poszukiwał na absolutnych peryferiach społecznych, żeby nie powiedzieć w społecznych dołach. Jego nieznośnie barokowy styl, jaki fascynował moje 15-letnie czytelnicze ucho, kiedy pierwszy raz czytałem „Cud róży”, stoi w doskonałej sprzeczności z ascetycznym grobem. Jak wieść gminna niesie, do tego grobu spuściły Geneta słynne Czarne Pantery – amerykańscy radykałowie, z którymi sympatyzował.

Sympatyzował generalnie z wszelkimi ruchami wyzwoleńczymi. Chyba było mu wszystko jedno, czy chodzi o Palestyńczyków, czy o czarną społeczność Ameryki. Generalnie walczył z napiętnowaniem, poniżeniem w imię nieokreślonych politycznych ambicji. Był takim naszym doktorem Judymem. Z tym że nie leczył biednych, tylko z nimi sypiał. Enklawa Maroka dawała ku temu sposobność. Potwierdził to spotkany przez nas starszy człowiek, właściciel paruhektarowego pola marihuany w górach Rif, prywatnie znajomy Geneta w latach 80.

Genet posiadał paradoksalnie wiele cech charakterystycznych dla naszych narodowych bohaterów. Był piekielnie inteligentny, pisał rzeczy poruszające, jego społeczna wrażliwość dalece wykraczała poza deklarowaną przez pierwszego lepszego polityka intencję. CV miał bez zarzutu, w przeciwieństwie do zarzutów prokuratorskich. Parę słynnych maksym Geneta można odnaleźć w Internecie, z czego jedną zapamiętałem z młodości: „Cynizm jest to udana próba zobaczenia świata, jakim jest on w rzeczywistości”. Najwyraźniej wzięły ją sobie do serca bociany, które pozostały w Maroku.

Te nasze polskie bociany w świecie islamu są jak trojański konik. Kimś takim powinien również się dla nas stać Genet, bo jedno go łączy z naszym cynicznym krajem – odsiedział parę dni w katowickim więzieniu. I to się nazywa kosmopolityzm.

Krzysztof Siwczyk, jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą i aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). Ostatnio wydał tomik poezji „Koncentrat” oraz zbiór esejów i felietonów zatytułowany „Ulotne obiekty ataku”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim, znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj