Kawiarnia literacka
Najpiękniejszy czas
Twarze starych ludzi, w kolorze, powiększeniu, spoglądają z drewnianych rusztowań.

Białka oczu w gniazdach zmarszczek patrzą przed siebie, na nas. Pod nimi kobieta z włosami wyrywającymi się na wietrze uśmiecha się, opowiada coś, przejęta pozuje do zdjęć. Przyjmuje ciekawych wśród drewnianych rusztowań, podejmuje ich historiami. Podchodzę półgębkiem, bo nie lubię ulicznych tłumków, ale ten się właśnie przerzedza, dwie dziewczyny przede mną robią finalne zdjęcia komórkami.

Kobietę pstryknięcia trochę peszą, ale uśmiecha się, jest przez to jeszcze ładniejsza. Dopiero teraz widzę, że to jej twarz, w powiększeniu, wisi nad nami. Wielkie oczy, włosy spokojniejsze, niż kiedy tu stoi przed nami, załomki zmarszczek.

– To pani? – zagajam jakoś tak, wskazując plakat.

– Ale nie wyszłam najlepiej – odpowiada i podsuwa mi małą czarno-białą fotografię. – Tak wyglądałam wtedy...

Patrzę na śliczną dziewczynę, ma falowane jasne włosy. Na głowie furażerka, biało-czerwona opaska na ramieniu, za nią na wpół zrujnowana kamienica. Chłopak, którego zdjęcie mi teraz podsuwa, ma szerokie ramiona, ciemne brwi, jasne bryczesy. Dlaczego oni zawsze tacy piękni? Bogowie nie utytłani w błocie, a przecież ginęli rozerwani, zakłuci.

Kobieta stoi przede mną, oczy chłopaka patrzą ze zdjęcia z zagłębienia jej dłoni. Ona, łączniczka z Powstania Warszawskiego, ma 82 lata. On, wciąż 20-letni. Świetnie fotografował, to on dokumentował te chwile, na szczęście i jego ktoś uwiecznił. Zachwycam się nim, bezwstydnie, na głos, czy to ta potrzeba kontrastowania tego „ze śmiercią mu do twarzy”? Nie, przecież dobrze widzę, on taki jest, piękny, kiedy tak stoi i patrzy na nas z jednej z ulic Mokotowa.

– A gdzie na Mokotowie? – pytam. Urodziłam się co prawda na Ochocie, ale ćwierć wieku mieszkałam na warszawskich Stegnach.

– Na górnym – mówi łączniczka i prowadzi mnie warszawskimi ulicami, mamy je obie przed oczami, walące się kamienice z 1944 r. i bloki zbudowane 30 lat później ręką budowniczego socjalizmu.

– A fotograf? Co się z nim stało? – po co pytam, przecież prawie znam odpowiedź: właśnie tam zginął, na Mokotowie.

Wiatr szarpie naszymi ubraniami, wrocławski rynek ciemnieje, idzie jakaś chmura. Siadamy obok siebie na ławce. Przedstawiam się, że pisarka, nasze zdjęcia – zaproszonych na Międzynarodowy Festiwal Opowiadania – wiszą po drugiej stronie rynku, twarze kobiet i mężczyzn z Polski, Izraela, Ukrainy, Zimbabwe, jasnoskórych, ciemnoskórych. Ci tu, o połowę starsi, przeżyli Workutę, walczyli w Powstaniu.

– ...kiedy uderzyła bomba – jej głos jest równy – zrobiło się ciemno, a mnie się pomyliło, gdzie są drzwi. Przez tę ciemność czy co...

– Z nerwów – to ja, ale ona już mówi o szpitalu Orłowskiego. Czy wiem, gdzie to jest? Ba! Kiedyś poszłam tam, żeby mi pobrali krew, pielęgniarka wychyliła się z okienka, rękę nad łokciem ścisnęła mi gumowym sznurem. Ocknęłam się później z mdląco słodkim potem pod włosami. „Trzeba było powiedzieć, że tak pani reaguje, dałabym pani krzesło!”, krzyczała nade mną kobieta w białym kitlu.

...wynosili rannych ze szpitala Orłowskiego. Szli gęsiego, nasłuchując, czy nie lecą pociski nazywane „krowami”, ludzie na noszach między tymi, którzy ich dźwigali. Szybko, szybko, byle do kanałów...

Wieje coraz bardziej, kobieta tego nie czuje, jest myślami gdzie indziej, ale ja drżę od podmuchów jej opowieści. Jeszcze rozmawiamy o dzieciach, ona ma troje, ma też wnuki i prawnuki, syn mieszka w Nowym Jorku, trudno mu się wyrwać, żeby ją odwiedzić. Miała niedawno operację, wszystko dobrze, jak człowiek zdrowy, ale nie daj Boże choroba!

To dziwne, ale od czasu, jak wyszła z płonącej Warszawy, nigdy tam nie wróciła. To znaczy, dziwne dla mnie, bo wracam do swoich dawnych miejsc, ale jej to nie przyszło do głowy. Nie, po prostu nie. Mieszkała w różnych częściach Polski, dzieci rosły, przenosili się, w końcu zamieszkała we Wrocławiu. Przecież jej nie zapytam, czy tęskni za Warszawą, co to za pytanie!

Idzie do taksówki. Jeszcze ją pytam, co teraz robi, kiedy dzieci porosły, wnuki odchowane, prawnuki daleko. Patrzy na mnie, trochę się uśmiecha. Mówi, że stawia pasjanse. Ma zaróżowione policzki, zalążki łez w oczach, pewnie od wiatru. Żeby tylko tych wielkich zdjęć nie pozrywało z rusztowań, szkoda by było, chociaż ona w rzeczywistości ładniejsza.

– Słucham? – nie dosłyszałam z tego wszystkiego.

Ona powtarza, że stawia pasjanse i dużo myśli. O Powstaniu, najpiękniejszym czasie swojego życia. I wsiada do taksówki.

Ruszam w drugą stronę, niedługo mam pociąg do Warszawy, stamtąd do Brukseli. Idę wzdłuż rynku, mijam wielkie oczy łączniczki z plakatu, mijam zdjęcia pisarzy. Idę i jest mi cieplej, gwiżdżę na wiatr, bo ona i ja zeszłyśmy się z dwóch końców Europy, dwóch ścian wrocławskiego rynku, dwóch różnych czasów warszawskiego Mokotowa. Pogadałyśmy – o „krowach”, o mężczyznach, o ranach i o dzieciach, o walce i przeprowadzkach. O wnukach.

Nie rozmawiałyśmy tylko o Słuszności Powstania – duże litery w obu słowach, bo to jest już osobna historia, jest Powstanie i jest jego (nie)Słuszność. A my niczego nie oceniałyśmy. Niczego, co się zdarzyło. Przywoływałyśmy tylko chwile życia.

Grażyna Plebanek, powieściopisarka, autorka opowiadań, dziennikarka. Pytana, czy pisze o sobie, odpowiada, że nie, bo: nie jest mężczyzną („Nielegalne związki”), wiejską młodocianą filozofką („Przystupa”), czterema zbuntowanymi dziewczynami („Dziewczyny z Portofino”), godzącą role życiowe Nadkobietą („Pudełko ze szpilkami”). Nałogowo podróżuje. Warszawianka, na pięć lat przeniosła się do Sztokholmu, obecnie mieszka w Brukseli. Jej ideał kobiecej urody to bohaterka książek Terry Pratchetta, Niania Ogg, której twarz przypominała „szczęśliwe, pomarszczone jabłko”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj