Recenzja książki: Dag Solstad, "Jedenasta powieść, osiemnasta książka"

Życie to kiepski teatr
Choć tytuł sugeruje metaliteracki charakter, to książka ta z postmodernistycznymi grami nie ma zbyt wiele wspólnego.
materiały prasowe

Dag Solstad jest jednym z najbardziej znanych współczesnych prozaików norweskich, ale jego nazwisko niewiele mówi czytelnikom w Polsce. Trudno się dziwić, bowiem dopiero w ubiegłym roku ukazały się u nas pierwsze tłumaczenia jego powieści – „Noc profesora Andersena” i znakomite „Patynozielone!”. W drugiej z książek Solstad poszedł śladami Gombrowicza, osadzając ją na opozycji młodość – starość (choć bez gloryfikacji tej pierwszej) i wykorzystując schemat klasycznego Bildungsroman, rozgrywającego się w murach szkolnych. Literatura norweska w Polsce nie cieszy się takim powodzeniem jak choćby szwedzka. Wśród rozpoznawalnych pisarzy można wymienić autorkę kryminałów Karin Fossum, Larsa Saabye Christensena czy jednego z najbardziej utalentowanych prozaików europejskich, Pera Pettersona, którego „Kradnąc konie” docenili m.in. krytycy z „The New York Times” i „The Independent”. Dag Solstad powinien wkrótce do tego grona dołączyć. Jego proza z pewnością na to zasługuje.

Choć tytuł sugeruje metaliteracki charakter, to „Jedenasta powieść, osiemnasta książka” – co dokładnie oddaje jej miejsce w dorobku pisarza – z postmodernistycznymi grami nie ma zbyt wiele wspólnego. Znajdziemy tu trochę nawiązań do kanonu (m.in. do Marcela Prousta i Sørena Kierkegaarda), ale zdecydowanie bliżej jej do osiągnięć późnego modernizmu i psychologizmu niż do erudycyjnych „zabaw z literaturą”. Powinowactwo z Gombrowiczem także w tej książce jest zauważalne. Solstad bowiem z uwagą obserwuje teatr życia codziennego i tropi nienaturalność ludzkich zachowań. Sceniczna gra, której tak wiele u autora „Kosmosu”, przybiera w „Jedenastej powieści…” postać zaskakującą. Główny bohater, Bjørn Hansen, znudzony swoją zwyczajną egzystencją prowincjonalnego urzędnika, postanawia zmienić swoje życie. Pewnego dnia pojawia się w gabinecie lekarskim doktora Schøitza, aby oznajmić: „Moje życie wydaje mi się takie nieważne”. Rozstał się z żoną, rozstał się z kochanką, syna właściwie nie zna, w lokalnym teatrze nie odniósł sukcesu, a jedyne, co może zrobić, to wypełniać dobrze obowiązki skarbnika. Nie stał się zgorzkniałym pięćdziesięciolatkiem, choć na takiego wygląda. Po prostu wie, że nic porywającego już go nie czeka.

Schønitz powierza mu własną tajemnicę. W zamian za to Hansen przedstawia lekarzowi swój plan, czyniąc go – niezbędnym – wspólnikiem. Postanawia resztę życia spędzić na wózku inwalidzkim. Planuje udać się na Litwę, by tam – z dala od wszelkich podejrzeń – upozorować nieszczęśliwy wypadek. Nikt nie może go zdemaskować, bo nie mieści się to w granicach zwykłej rzeczywistości. Nikt by nie wpadł na to, iż skarbnik niepełnosprawnego tylko odgrywa. Teatralizacja zwyczajnych zachowań, której pełno w naszym życiu, tłumaczy najlepiej większość działań powieściowych postaci. Hansen „wystawiał” zazdrość przed byłą partnerką, ona z kolei celowo prowokowała go do wybuchów, choć oboje wiedzieli, że o zdradzie nie może być mowy. Podobnie – tj. w sposób przerysowany, nienaturalny – układają się stosunki urzędnika z synem i Schøitzem. Jego „wielki Sprzeciw”, ostatnia próba autentyczności, okazuje się kolejną sceną, którą należy jak najlepiej zagrać. Tak właśnie Solstad przedstawia w „Jedenastej książce, osiemnastej powieści” świat – jako teatr, oferujący nam niezbyt dobrze napisane scenariusze, których musimy się trzymać.

Dag Solstad, Jedenasta powieść, osiemnasta książka, przeł. Dorota Polska, Smak Słowa, Sopot 2011, s. 136

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj