Kawiarnia literacka

Ponarzekam sobie na Młynarskiego
Bo męska rzecz to być daleko, a kobieca – wiernie czekać – śpiewała Alicja Majewska piosenkę Młynarskiego „Jeszcze się tam żagiel bieli”.

I wszystko było tak, jak być powinno: baba zapłakana na brzegu z chusteczką, wierna i wpatrzona jak w słońce zostaje i dba o ognisko domowe, odkurza je odkurzaczem i myje podłogi, a facet – na morze. Na tym morzu czekają go przygody, także i miłosne, bo do niejednego portu się zawinie. Piszę o tym dlatego, że jakoś teraz to do mnie dotarło. Banał. Właściwie Młynarski opowiedział nam cały świat, wyznaczył stereotypy męskości i kobiecości, opowiedział, jak należy przeżywać wczasy w „góralskich lasach”, a jak rozstanie. Dziś cała ta opowieść jest nieaktualna. Jak dalece nieaktualna, to wciąż czeka na swoje ustalenie. Może tylko trochę nieaktualna. Zastanawiałem się kiedyś, jak należałoby „Polską miłość” Młynarskiego „przepisać” na język dzisiejszy i dzisiejsze realia. Duża różnica. Nikt tego nie zrobi.

Mógłbym więc marudzić, jak stary zgred, że kiedyś było cudownie, a teraz okropnie, i nikt, może poza Poniedzielskim, nie umie pisać fajnych tekstów piosenek, że umarł Zembaty, który całe życie żartował ze śmierci, wcześniej Osiecka, mimo że nie żartowała... Oczywiście żyje i pisze wciąż sam Młynarski, ale wiadomo, jak to jest z późną twórczością żywych legend. Z uprzejmości wysłuchamy i będziemy bili brawo, ale na bisy chcemy usłyszeć „Róbmy swoje” lub „W Polskę idziemy”.

Zamiast tego ponarzekam sobie na Młynarskiego, jego męskość i jego kobiecość. Żeby nie było wątpliwości: uwielbiam tego autora, cenię go za to, że z kronikarską skrupulatnością uchwycił w swoich piosenkach zmiany, jakie zachodziły w polszczyźnie potocznej. I właśnie dlatego, że wielbię, mogę też sobie ponarzekać.

Młynarski operował stereotypami. Z feminizmem, to od razu należy przyznać, był na bakier. I dobrze, bo literatura, w tym piosenka, to nie są laurki na cześć politycznej poprawności, ale odzwierciedlenie bebechowatego życia, które aż kipi od niepoprawności. Starał się oswoić komunistyczną rzeczywistość, w żadnym wypadku nie był twórcą antysystemowym. Był dzieckiem małej stabilizacji lat 60. Komuna widziana przez pryzmat jego piosenek to przestrzeń właśnie „małej stabilizacji” zamknięta w szczelnych granicach kraju: wczasy „w tych góralskich lasach”, „światowe życie” z etykietą zastępczą, atrakcje turystyczne na miarę niedzieli spędzonej „na Głównym” czy wyprawy statkiem do Młocin. „Porwij mnie choć do Kobyłki” – prosi Mariola i zaraz dodaje: „wiej ze mną do Tłuszcza”.

W ogóle piosenka „Nie ma jasności w temacie Marioli” skupia w sobie wszystkie cechy twórczości Młynarskiego. Przede wszystkim dwie – relacjonowanie przemian w mowie potocznej i lekki mizoginizm. Narrator poucza w niej młodego człowieka na przystanku w Sochaczewie: gdy się wypowiada płeć tak zwana słaba,/to jest tylko, zapamiętaj, kolego,/to jest tylko takie babskie szaba daba,/a ty bierzesz to logicznie i dlatego/nie masz jasności w temacie Marioli,/w temacie Dziuby, Marzeny, Haliny,/choćbyś ich teksty roztrząsał do woli,/to nic nie pojmiesz i nie ma w tym twej winy!/Lecz oprócz znaczeń jest słów smak i dotyk,/Zielone oczy i profil prześliczny,/I głos dziewczyny, ten głos jak narkotyk.

Tak się podchodzi do obiektu erotycznego, wszyscy to znamy. Urocza, nieważne, co tam gada, ważne, że tymi słodkimi usteczkami aniołka! Wszystkie te Dziuby i Haliny to stworzenia płoche, zmienne, same niewiedzące, czego chcą, a tak naprawdę marzące o tym, aby je brać siłą.

Zupełnie inaczej wygląda kobieta, której obraz wyłania się z piosenki „Polska miłość”. Jeździ w delegacje, a że się nie rozlicza z diet, to już taka głupia nie jest. Raczej umęczona kobieta po przejściach niż roześmiana i rozimprezowana Buba. (Pamiętacie te Buby, te wszystkie „równe babki” z lat 70. zachowujące się jak babochłopy, w swetrach i dzwonach, klepiące swoich facetów po plecach?) Bo przecież nie chodzi tu o Młynarskiego, lecz o odpowiedź na pytanie fundamentalne: komuna była okresem emancypacji czy zniewolenia kobiet? Kobiety były traktorzystkami, Bubami, chichoczącymi „dziewczynami do wzięcia” z filmu Kondratiuka? Wszystkim tym po trochu?

Wojciech Pokora grający swoją rolę życia, rolę „Marysi” w filmie „Poszukiwany – poszukiwana”, o wiele lepiej radzi sobie w peerelowskiej rzeczywistości, gdy przebiera się za kobietę. „Może byś jeszcze poszedł na gosposię” – prosi go jego dziewczyna, gdy „docent” już nie musi się kryć i może znowu pracować w muzeum.

Już to gdzieś czytałem, pewnie u Kazi Szczuki albo Marii Janion. Komuna to czas nieco odwróconych ról: ona na polowaniu (w Hali Marymonckiej), a on zamiast walczyć siedzi i z panem Słodowym usiłuje naprawić szafkę na buty. Najbardziej męski był kapitan Borewicz, a czasem, gdy grał go Kloss – Pan Samochodzik. W literaturze – zgarbiony inteligent w wielkich okularach.

W temacie miłości za komuny, i pewnie nie tylko, nie było jasności. Zaczynało się w stołówce, na imprezie, a kończyło zduszoną, zdławioną i chorą ze zmęczenia „polską miłością”. Ona się nie rozlicza z diet, a on w kuchni naprawia szafkę. Daleko odeszliśmy od przywołanej na początku sytuacji z piosenki „Jeszcze się tam żagiel bieli”. Bo też chociaż Młynarski operował czasem takimi stereotypami, w życiu było odwrotnie. Te umęczone kobiety same by chciały, żeby je obdarowywano i adorowano, zalatane nie tęskniły za emancypacją. Wątpię też, aby zbyt cierpiały z powodu nieobecności w aparacie partyjnym, biorąc pod uwagę, jak wyglądał ten aparat...

Michał Witkowski – postinteligent, pisarz środka i Andrzej Gołota polskiej prozy. Debiutował zbiorem opowiadań „Copyright” (2001), wydał powieści: „Lubiewo” (2005), „Barbara Radziwiłłówna z Jaworzna-Szczakowej” (2007), „Margot” (2009) i zbiór opowiadań „Fototapeta” (2006). Mieszkał w Warszawie, obecnie wrócił na stare śmieci do Wrocławia, gdzie pisze kryminał.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj