Kawiarnia literacka
Hyc, hyc, hyc
Pośród różnych moich wstydliwych przyjemności czytelniczych niepoślednie miejsce ma czytanie listów do redakcji.

W większości są to teksty niespecjalnie ciekawe, wpisujące się w szeroki nurt naszego narodowego sportu, czyli narzekactwa: a to że dziura na Pitulickiej, róg Pypciowej, a to że psie kupy na trawniku, a że straż miejska nie przyjechała, że wyrażam oburzenie z powodu, a także że „w cywilizowanym kraju” to czy tamto z pewnością by się nie zdarzyło. Lecz między mnóstwem zwykłych jojczeń i lamentów trafiają się prawdziwe perełki, jak list pani Grażyny do stołecznej „Wyborczej”.

Uwagę moją zwrócił już błyskotliwy odredakcyjny tytuł: „Trupie czaszki przy placu zabaw: sztuka czy skandal?”. Manichejski iście dualizm, dramatyczna alternatywa, tertium non datur, albo rybka, albo pani prezesowa. Od razu pomyślałem sobie o innych tytułach: „»Śniadanie na trawie«: sztuka czy skandal”? Ale mniejsza o to, przejdźmy do meritum.

Otóż w Parku Szczęśliwickim stoi sobie, jak się dowiaduję z listu oburzonej czytelniczki, szalet. Nieczynny zresztą. I został on, za zgodą władz dzielnicy, pomalowany przez grafficiarzy (graffiti – dodam – nie jest artystyczną miłością mojego życia, ale na dekorowanie opuszczonych budowli nadaje się w sam raz) w „odrażający jak pisze czytelniczka – sposób […] w bezpośredniej bliskości placu zabaw dla malutkich dzieci pojawiły się trupie czaszki, agresywne, cmentarne i depresyjne motywy”. Pani Grażyna, która „chce światła, ładu i porządku”, kategorycznie domaga się „dla dobra społeczeństwa” usunięcia czaszek, „zamalowania straszydeł”, dzieci bowiem „staramy się otaczać ciepłymi kolorami […] marzymy o humanitarnym społeczeństwie, wysokiej kulturze, wspaniałych ideach. Jak ma się do tego trupia czaszka?”.

Orężem jest, jak często w takich przypadkach, dziecko. Młot, maczuga, Wunderwaffe polemistów. Dobro dziecka – najważniejsze. W imię dobra dziecka można domagać się odwołania Parady Równości, wprowadzenia szczepień lub zakazania szczepień, ustawy takiej czy siakiej, a co dopiero zamalowania graffiti: dzieci i ryby głosu nie mają, a panie Grażyny tego świata bardzo chętnie ujmują się za nimi (za dziećmi, bo za rybami niekoniecznie) i, raczej nie konsultując się z nimi, ślą listy do redakcji.

Tymczasem dzieci na ogół uwielbiają czaszki, ponure kolory i mroczne opowieści. Niejedno zdrowe dziecko, zwłaszcza jeśli rodzice nie zafundowali mu szkodliwej diety estetycznej z postdisneyowskiej komercji, ma odruch wymiotny na widok kolejnego pluszaka w kolorach pastelowych, różowego jednorożca, bladoniebieskiego misia, i z radością lgnie do pirackich bander i czarno-fioletowej czachy.

Lata temu pięknie o tym pisała Wisława Szymborska w „Poczcie literackiej”: „Dziatki biegną do szkoły tupu-tupu-tup, podczas gdy deszczyk kapu, kap albo śnieżek ciapu, ciap... Cio to? Ależ oczywiście, to wierszyki dla dzieci pisane przez różne straszliwe niewiasty. Pragnie Pani dołączyć do ich grona. Nie możemy zabronić, ale błagamy o litość dla naszych pociech, które od takiej literatury uciekają hyc, hyc, hyc”.

Ale najlepsze, że czaszki, które tak zbulwersowały czytelniczkę, nie są przecież niczym wyjątkowym w wizualnym krajobrazie. Ba, wszystko wokół ocieka przemocą i seksem. Jakikolwiek kanał telewizji włączysz, tam urwane ręce, katastrofy lotnicze, ofiary wypadków samochodowych, trup ścielący się gęsto na ulicach Bliskiego Wschodu. Gdziekolwiek zwrócić głowę, tam na billboardach wielkie, roznegliżowane kobity łaszą się do pustaków, liżą dachówki lub czochrają o inne materiały budowlane. Gdziekolwiek pójść – do szkoły, urzędu, że o kościele nie wspomnę – tam goły, potwornie zmasakrowany mężczyzna, ledwo osłonięty kawałkiem materiału, przybity do krzyża, a poniżej... no, co takiego? Czaszka właśnie!

Na tym tle graffiti na szczęśliwickim szalecie (nieczynnym) wydaje się niewinną ilustracją w kojącej, modnej w tym sezonie fioletowo-czarnej gamie kolorystycznej. A przecież już za pasem początek listopada, na szosach akcja Znicz (a w telewizji ujęcia zwłok wyciąganych z wraków), od rana do wieczora krzyże i trumny, trumny i krzyże, kamienne czaszki i piszczele. Co wtedy pocznie ze światem miłośniczka ciepłych kolorów i zwolenniczka usunięcia śmierci ze sztuki i rzeczywistości?

W istocie chodzi bowiem tu wcale nie o dziecko, ale o coś zupełnie innego. Pani Grażyna należy do społeczeństwa, które za wszelką cenę chce wypchnąć czaszkę z przestrzeni publicznej, bo czaszka mówi: „jesteś śmiertelna, jesteś śmiertelny, jesteś szkieletem przejściowo tylko odzianym w mięso. Przez wieczność raczej cię nie ma, niż jesteś”. Posuwa się nawet do tego, że pyta „jak się ma czaszka do wysokiej kultury”. Ha, należałoby się raczej spytać, jak możliwa jest wysoka kultura bez czaszki? Co ma trzymać w ręku Hamlet, konewkę? Co ma leżeć u stóp „Ambasadorów” Holbeina? Odświeżacz powietrza? Co ma leżeć na biurku niezliczonych świętych Hieronimów, w grotach pokutujących Magdalen, pod tysięcznymi krucyfiksami? Lalki Barbie?

Dzieci, zanim zostaną skażone tą papką dla oczu, którą im serwują rodzice, widzą nieraz grozę śmierci w całym jej ciemnym blasku: mają poczucie nieodwołalności, do którego potem będą dochodziły może i przez całe życie. Każdy z nas ma chyba w pamięci jeden z tych momentów, kiedy uświadomił sobie siłę słów „już nigdy”, „raz na zawsze”, „ostatecznie”. Zamiast się zasłaniać pastelowymi pluszakami, droga czytelniczko, niech pani uczy się od dzieci, niech pani stanie przed szaletem (nieczynnym) w Parku Szczęśliwickim i powie samej sobie: memento mori.

Jacek Dehnel – pisarz (ostatnio wydał powieść „Saturn”), poeta, tłumacz (Larkin, Verdins) i malarz. Zajmuje się zbieractwem i łowiectwem (gratów), prowadzi blog poświęcony międzywojennemu tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”, nie prowadzi samochodu. Decyzją Rady Języka Polskiego został Młodym Ambasadorem Polszczyzny.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj