Kawiarnia literacka
Cytować, by żyć
Mniej więcej od czasów Sokratesa wiadomo, że cytat pomaga żyć.

Cytowana formuła w zaskakująco skuteczny sposób uwalnia nas od problematyczności własnego życia, przynajmniej na czas trwania w uszach ostatniego słowa tejże formuły. Skoro wiem, że nic nie wiem, to najwyraźniej, w warunkach wirtualności, kabel mojego komputera podgryzła jakaś mysz. Świadomość własnej niewiedzy, niegdysiejsza kardynalna cnota, jest nam dziś na dobre odebrana. Każdy coś tam wie, coś tam robi, czasami się do tego przyznaje, jak słynna parlamentarzystka poprzedniej kadencji Elżbieta Kruk. Przy czym to, co wiemy, czego możemy się jeszcze dowiedzieć, nijak się ma do głębi wiedzy, jaką swego czasu zajmowali się praprzodkowie dzisiejszych bankrutów z Aten. Dla nich więc i dla nas in spe parę cytatów z książki Rolanda Barthesa zatytułowanej, a jakże, „Roland Barthes”.

Pozycja ta ukazała się w gdańskim wydawnictwie słowo/obraz terytoria. Dla tych czytelników, którym obojętna jest oficyna, ważny natomiast autor, dodam, że to właśnie to wydawnictwo, którym Janusz Palikot chwalił się w przedwyborczej debacie polityków z artystami. Chwalił się zasłużenie. Te miliony złotych, zainwestowane przez Palikota, skutkują między innymi tym, że nie musimy czuć się jak zupełny ciemnogród, że mamy na rynku książki rzeczywiście wybitne. I chyba na tym zasługi Palikota dla narodu się kończą. Wódka bowiem, z którą chyba też ma coś wspólnego, nie pomaga w lekturze, zwłaszcza kogoś takiego jak Barthes. „Biografię ma tylko życie bezproduktywne” – powiada Barthes i od razu dodaje: „Od kiedy produkuję, od kiedy piszę, Tekst (szczęśliwie) wywłaszcza mnie z mojego narracyjnego trwania”.

Gdyby powyższą prostą prawdę, oczywistą oczywistość, przyjął Jarosław Kaczyński, nie produkowałby książki swojego autorstwa i nie szukałby w literaturze przedłużenia swojego narracyjnego trwania. Rzecz jasna, supozycja Barthesa dotyczy wszystkich piśmiennych polityków, a także większości piśmiennych celebrytów, którzy skłonni są ją podważać i produkują swoje książkowe klony. Korzystając z okazji chciałbym przypomnieć tutaj pracę Krzysztofa Ibisza oraz Shazzy – na jej autobiografię wciąż czekam, widać jest szeroko zakrojona i nie sprowadza się do stylu poradnikowego, uprawianego przez Ibisza. A propos wyglądu, kolejna wzmianka z barthesowskiej fikcji: „Ożywiać znaczy widzieć martwym”. I od razu człowiekowi robi się lżej na duchu, a zwłaszcza na ciele, które najwyraźniej, wbrew temu, co sądzi Ibisz, i po, i przed czterdziestką, jest celą, pod którą najzwyczajniej w świecie zgnijemy, umrzemy na dożywocie.

Warto więc do tych warunków się zaadaptować. Ćwiczenia fizyczne i dieta cud mogą się jednak zdać na niewiele. Ktoś z pewnością nas „przecweli” – będzie to duch zwątpienia, w którego nie wierzy już chyba nikt. Jeden wierzy w Nergala, inny w biskupa Meringa, natomiast zwątpienie błąka się osierocone jak trybuny, kiedy kibol śpi. A oto dłuższy nieco ustęp Barthesa, który chciałbym skierować do polskiej braci narodowo-katolickiej, jak zwykł mawiać o swoich ziomkach inny mistrz i skarbnica cytatów Thomas Bernhard. Tytuł: „Lekko paranoiczna pobudka”: „Dyskretna, bardzo dyskretna paranoiczna pobudka: kiedy pisze (być może wszyscy oni tak piszą), z pewnym dystansem musi się czegoś lub kogoś nienazwanego (kogo tylko on mógłby nazwać) uczepić. Ile chęci zemsty tkwi u źródeł niektórych zdań – mimo że wyglądają na zwykłe, spokojne? Nie ma pisma, które tu i ówdzie nie byłoby podstępne”.

Niestety, tak chyba jest, jak rzecze Barthes. I jak tu pisać felietony czy inne reakcyjne świństewka, kiedy każdorazowo tego rodzaju pisanie z piszącego czyni zwyczajną moralną miernotę? Jak żyć i jednocześnie cytować? To pytanie kieruję do Pana Najwyższego. Bo prawdopodobnie nowy Pan Premier nie udzieli mi na nie odpowiedzi, gdyż zwyczajnie nie jest to w jego interesie.

Gdyby człek zwyczajny wiedział, jak żyć, wtedy regulaminowe państwo stałoby się zbędne. Na szczęście człowiek nie wie, jak żyć, od czasów Sokratesa, i ktoś mu musi pokazać. Dlatego między innymi życie jest najpierw farsą, a dopiero potem tragedią. Ku pokrzepieniu serducha jeszcze raz Barthes: „Mam pewną chorobę: widzę mowę”. Pomijając niezwykle zaawansowaną filozofię barthesowską – jedną z najpiękniejszych, strukturalnych poetyk, jaką ludzki mózg wymyślił – należy skupić się na czysto utylitarnym wymiarze tej choroby. Gdyby wszczepiać takie schorzenie polskim noworodkom, od razu podskoczyłby przyrost naturalny. Jaki rodzic bowiem nie życzyłby sobie dziecka, które zamiast z maczetą po ulicy, biegać będzie z przysłowiowym „Ulissesem” pod pachą, uśmiechając się snobistycznie do tych, którzy pod pachą mają „Galę” czy coś w tym stylu i z tego cytują? Już odpowiadam. Prawdopodobnie żaden. Chyba że urodził się i zmarł jak Barthes w latach 1915–80.

Troszeczkę przesadzam, dla poprawienia nastroju demografom. Dla nich również autor „Stopnia zero pisania” wymyślił coś w sam raz: „Według hipotezy Leroi-Gourhana, kiedy człowiek uwolnił swoje przednie kończyny od obowiązku chodzenia, a tym samym usta od drapieżnictwa, mógł zacząć mówić. Dodam od siebie: i całować. Aparat mowy jest też bowiem aparatem pocałunku. (...) Wyobraźmy sobie transgresję, która byłaby wynikiem równoczesnego użycia słowa i pocałunku. Należy sądzić, że podobna rozkosz jest możliwa, skoro kochankowie nieustanie »spijają słowa z ukochanych ust«”. Tak więc mnóżmy się, produkujmy przyszłe biografie i nie piszmy o tym zbyt wielu książek.

Krzysztof Siwczyk (ur. 1977), jedyny w Polsce poeta, który jest jednocześnie krytykiem literackim, felietonistą oraz aktorem (zagrał świetnie głównego bohatera filmu Lecha Majewskiego „Wojaczek”). Ostatnio wydał tomik poezji „Koncentrat” oraz zbiór esejów i felietonów zatytułowany „Ulotne obiekty ataku”. Pracuje w Instytucie Mikołowskim znajdującym się w domu, w którym mieszkał Rafał Wojaczek.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj