Kawiarnia literacka
Ja, mi, mnie
„Tęsknię za sobą”, napisał w esemesie znajomy. Literówki chodzą po ludziach. „Tęsknisz za sobą?” – upewniłam się. „Brakuje mi siebie” – odpisał.

Postanowiłam przerwać zabawę w głuchy telefon, chwyciłam za swój i zadzwoniłam do niego. „O co ci chodzi?” – zapytałam. No i się zaczęło! Był zarobiony, zapracowany po pachy, nie miał się kiedy podrapać, zabrano mu nawet poranne rytuały, przecież każdy jakieś hołubi (kawa, herbata, gazeta, tapeta z uwzględnieniem konturówki). Kto mu je zabrał? Ci, którzy przystawili mu do pleców lufy terminów, narzucili deadliny, które naprawdę celnie brzmią, gdy je napisać tak, jak to właśnie zapisałam: „dead” i „liny”, czyli śmiertelne sznury, de facto stryczek („dynda, dynda stryczka cień, więc póki czas się zmień” – śpiewali Starsi Panowie w piosence zatytułowanej „Odrażający drab”).

„Nie możesz się jakoś urwać?” – zapytałam znajomego, ale już kiedy kończyłam zdanie, wiedziałam, że palnęłam faux pas, w czym upewniła mnie grobowa, nomen omen, cisza po drugiej stronie słuchawki. Nie było wyjścia z jego pułapki, zobowiązał się, ludzie czekali na to, co wymodzi, dużo ludzi, którzy zapłacili dużo pieniędzy i teraz czekali na efekty. W TERMINIE. Bo jak nie…!

A on tymczasem zaczął zanikać. Zrobił się słomkowo-zielony, zapadnięty i podkrążony. Jak to pracoholik, ale czy nie ostrzegałam, nie mówiłam, nie… „Tęsknię za sobą” – przerwał mi, jego głos brzmiał jak pisk kopniętego kundla. „Chcę siebie, swojego życia, siebie” – powtórzył.

Pomyślałam: jak mu nie wstyd! W naszej tradycji narodowo-poświęceniowo-wyzwoleńczej pomysł, by robić coś dla samego siebie, żeby o sobie myśleć, ba! – żeby siebie lubić – brzmi oburzająco. Więcej niż niestosownie. Obrzydliwie. Egoista, egocentryk – to łagodne określenia na kogoś, kto śmie myśleć o sobie, kto zapomina, że jego obowiązkiem jest podtykać, podsuwać, zadowalać innych – od towarzysza życia po szefa oraz księdza.

Powróciłam myślą do bezimiennych matek Polek, przypomniałam sobie, że ilekroć skręcam na warszawskim Śródmieściu, natykam się na dołującą nazwę skweru: Matki Sybiraczki. Nazwa nadana w hołdzie – jak czytam w Google – tym, które się poświęcały. Sama co jakiś czas łapię się na niekontrolowanym wyrzuceniu z siebie zdania typu: „Innym trzeba pomagać”, tak samo, jak nie mogę się czasem powstrzymać, by coś za mnie nie wrzasnęło: „No, jakaś surówka musi być!”. A to wszystko idzie z trzewi, czeluści, ciemności, gdzie pomieszały się dyskursy cudze i nasze, wieży Babel języków, którymi mówimy, które mówią nami. Brzmimy więc czasem jak zaśliniony Salvatore z „Imienia róży” Umberta Eco, który liznął tyle języków, że lingwistyczny bigos przypalił mu się w głowie, przez co komunikował się z bliźnimi gorzej niż papuga Doktora Dolittle’a.

Już miałam na końcu języka pogardliwe „Jak ci nie wstyd”, gdy dotarło do mnie, że mój znajomy, znękany pracoholik, wziął się z innej kultury, gdzie poświęcanie się jest jedną z opcji, a nie obowiązkiem. Matki mogą być nie tylko matkami, ale i kobietami, szczęśliwymi i docenianymi; od mężczyzn nie wymaga się kładzenia Rejtanem, już prędzej na topie jest gest Kozakiewicza. Summa summarum: zrozumiałam, że jemu nie wstyd przyznać, że lubi siebie, dla siebie chce mu się robić, nie dla innych, i poświęcanie się go męczy. Komunikuje to asertywnie, nie znajdując nic pięknego w postawie milczącego cierpiętnictwa.

Zamiast więc rzucić moralizatorsko: „Gdybym była tobą, miałabym siebie dosyć”, zapytałam słodko: „Potrzebujesz trochę czasu sam na sam ze sobą?”. W tłumaczeniu wychodzi mi teraz konstrukcja długa i niezręczna, tymczasem angielskie „me time” trafia w sedno. Od razu widać, że użytkownicy tego języka rozumieją potrzebę bycia sam na sam, choćby kończyło się to tak jak w serialu „Two and a half men”, gdzie jeden z bohaterów podczas „me time” najadł się pigułek wywołujących erekcję (miały niebawem stracić ważność, a szkoda mu było je wyrzucić). Ów rozwodnik był przez cały dzień sam ze sobą – najbardziej, jak się da... Co więcej, nie czuł się z tego powodu winny.

Czasem się zastanawiam nad innym zdaniem, które niedawno usłyszałam: że bycie w związkach trwających powyżej 15 lat odchodzi do lamusa. Jest oznaką przynależności do pokoleń 50- i więcej latków. Bo młodsi skaczą po związkach jak po grach komputerowych. Nie zamierzają się poświęcać. Tęsknią za sobą, chcą coraz więcej „me time”. No i masz ci los! Quo vadis?

Grażyna Plebanek, powieściopisarka, autorka opowiadań, dziennikarka. Pytana, czy pisze o sobie, odpowiada, że nie, bo: nie jest mężczyzną („Nielegalne związki”), wiejską młodocianą filozofką („Przystupa”), czterema zbuntowanymi dziewczynami („Dziewczyny z Portofino”), godzącą role życiowe Nadkobietą („Pudełko ze szpilkami”). Nałogowo podróżuje. Warszawianka, na pięć lat przeniosła się do Sztokholmu, obecnie mieszka w Brukseli. Jej ideał kobiecej urody to bohaterka książek Terry’ego Pratchetta – Niania Ogg, której twarz przypominała „szczęśliwe, pomarszczone jabłko”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj