Recenzja książki: Siegfried Lenz, "Występy gościnne"
Drobne cwaniaczki
Powieść łotrzykowska, która posłużyła Lenzowi za literacki wzorzec, została tutaj gruntownie przebudowana, przez co całości bliżej do tragifarsy niż do pogodnej opowiastki.
materiały prasowe

Siegfried Lenz w swej książce skorzystał z formy niezwykle popularnej w II połowie wieku XVI, zwanej powieścią łotrzykowską bądź pikarejską. Sięgali po nią m.in. – odświeżając przy tym nieco zapomniany gatunek – Truman Capote (w znakomitej „Tortilla Flat”), Jaroslav Hašek („Dobry wojak Szwejk”), Saul Bellow (w swoim arcydziele „Przypadki Augie’ego Marcha”) czy wreszcie rodak Lenza Tomasz Mann („Wyznania hochsztaplera Feliksa Krulla”). „Występy gościnne” nie są tej miary dziełem, co przywołane uprzednio książki, ale zdecydowanie warto po nie sięgnąć, szczególnie wakacyjną porą. Choć nie jest to typowa literatura rozrywkowa, miejsca w plecaku zajmuje niewiele i dwa wypady na plaże wystarczą, aby ukończyć lekturę.

Łotrzykiem w „Występach gościnnych” jest Hannes, kolega z celi głównego bohatera, Klemensa. Hannes trafił do więzienia za wyłudzanie pieniędzy od kierowców, których zatrzymywał, udając policjanta. Niestety, któregoś razu trafił na funkcjonariusza w cywilu. Życiorys głównego bohatera jest nieco mniej intrygujący – to naukowiec, autor kanonicznej rozprawy o czołowych przedstawicielach okresu „burzy i naporu”. Przez lata uwodził studentki, stawiając im w zamian za seks wysokie stopnie na egzaminach. Hannes i Klemens wydają się wyjątkowo niedobraną parą, ale gdy nadarza się okazja, uciekają z więzienia.  Porywają autobus, którym przyjechał do Isenbüttel objazdowy teatr. Wraz z towarzyszami niedoli ruszają – w niezbyt długą, jak się okazuje – podróż. Trafiają do niewielkiego miasteczka, w którym odbywają się doroczne obchody Święta Goździków. Tu zostają wzięci za artystów i tak rozpoczyna się ich błyskotliwa prowincjonalna kariera, która może skończyć się tylko w jeden sposób – powrotem do Isenbüttel.

Powieść łotrzykowska, która posłużyła Lenzowi za literacki wzorzec, została tutaj gruntownie przebudowana, przez co całości bliżej do tragifarsy niż do pogodnej opowiastki. Hannes – inaczej niż bohaterowie klasycznego romansu pikarejskiego – nie jest naiwniakiem ani dobrodusznym niezgułą. To raczej drobny cwaniaczek, który konsekwentnie zmierza do celu. Kolejna nieudana ucieczka nie jest w stanie nim zachwiać. Dopiero obejrzenie kolejnego spektaklu w Isenbüttel („Czekając na Godota”) i śmierć jednego ze współwięźniów doprowadzają do jego przemiany. Wtedy między Klemensem i Hannesem rodzi się przyjaźń. Naukowiec widzi w swym towarzyszu swego rodzaju herosa, niezwykłego znawcę ludzkich zachowań i przyzwyczajeń, który budzi w nim najwyższy podziw, ponieważ „łga imponująco”.

Siegfrieda Lenza kojarzyliśmy wcześniej przede wszystkim jako autora, który wiele zrobił dla powojennego dialogu polsko-niemieckiego. Jego „Lekcję niemieckiego” należy stawiać obok książek Güntera Grassa, Hansa-Ulricha Treichela czy Julii Frank, której świetna „Południca” ukazała się u nas przed rokiem. „Występy gościnne” sytuują się w zupełnie innej konstelacji literackiej, pokazując zarazem inne oblicze autora „Muzeum Ziemi Ojczystej”. Oblicze mniej poważne, ale wcale nie mniej zajmujące.

Siegfried Lenz, Występy gościnne, przeł. Emilia Bielicka, Czytelnik, Warszawa 2011, s. 88.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj