Kawiarnia literacka
Gangsterzy i gryzipiórki
Dziwnie być dorosłym. Powinienem był się przyzwyczaić, ale wciąż nieco dziwnie.

I to nie tylko, że trzeba pracować i zarabiać, terminów dotrzymywać. Na przykład bycie współwłaścicielem nieruchomości – dziwna sprawa. Płaci się jakieś podatki od gruntu, które przychodzą na karteczce po dwóch latach, wyraźnie niezadowolone z powodu zaległości; wysuwają żądania, podatki owe. Nieoczekiwane, zdecydowanie. Albo zarząd. Nieruchomością trzeba zarządzać, kiedyś to robiły specjalne firmy, a od niedawna nasza kamienica musi zarządzać sama sobą, czyli lokatorzy muszą wyłonić zarząd. Na zebraniu. Zebranie lokatorskie to zresztą temat na osobny felieton, na felieton krwawy, bolesny, być może na odcinki rozpisany, pełen zaskakujących zwrotów akcji, rozpaczliwych pojedynków, tyrad niemających sobie równych od czasów Cycerona.

W naszej kamienicy mieszkają, zasadniczo, staruszki i geje. Reszta to rozmaite mniejszości. Zarząd objęły więc dwie grupy większościowe (działające z poszanowaniem praw mniejszości, oczywiście), a jak objęły, to postanowiły kamienicę wyremontować. I tu, proszę Państwa, zaczynają się schody. Czyli fachowcy.

To nie jest tak, że można sobie coś po prostu, ot tak, odnowić. Jakieś tynki skuć, położyć, jakieś malowanie zrobić, jakąś bramę obstalować. Gdzieżby. I furda, że się zgromadziło fundusze, że się ma promesę kredytową od banku, że się chce umowy podpisywać i wcielać w życie. Można sobie być zarządem legalnie wybranym, składać trzy podpisy na uchwale, umowę sygnować – nic z tego. Widmo PRL krąży bowiem po mieście stołecznym Warszawa i wciela się w wykonawców.

Podjęliśmy uchwałę. Zaczęliśmy szukać stolarza, który wykona porządną, drewnianą bramę – dotychczasowa to powojenny koszmar, metalowa krata, o której nasza sąsiadka, z zawodu pani adwokat, mawia, że kojarzy się jej tylko z jednym: z bramą aresztu w Białołęce. A że nie chcieliśmy wydawać publicznych pieniędzy rozrzutnie, postanowiliśmy zgromadzić trzy konkurencyjne oferty. Naiwni! Po kilku tygodniach przeglądania ogłoszeń w sieci, wyłoniliśmy, jak w zapomnianym programie „Randka w ciemno”, trzech potencjalnych kandydatów. Kandydat nr 1 miał na koncie znakomite realizacje w budynkach zabytkowych, kandydat nr 2 miał świetne referencje od naszego znajomego, kandydat nr 3 był wprawdzie aż z Wybrzeża, ale miał imponującą stronę internetową.

Nr 1, mimo trzykrotnych monitów, nie przedstawił żadnego projektu; nr 2 przestał odbierać telefony. Nr 3 przyjechał, wymierzył, przesłał projekty, ustalał, przesyłał kolejne projekty umów; miał, jak się zdawało z wcześniejszych rozpytywań, przystępne ceny. Nie było się co zastanawiać: podpisaliśmy umowę, wpłaciliśmy zaliczkę. A teraz się o zwrot tej zaliczki procesujemy, bo kandydat nr 3 się zbiesił, przestał odpowiadać na maile i odbierać telefony, i wpadł jak kamień w wodę (na tym Wybrzeżu).

Ale co tam kamienica! Do własnego mieszkania, bez uchwał, bez zarządów, chcieliśmy zamówić szafę, na miarę, bo mieszkanie wysokie, byle firma Szawywścianiex Sp. z o.o. nie zrobi, nie umie – dostaliśmy zatem kontakt do pana K. Jak do cieszącego się znakomitą renomą kardiochirurga czy mecenasa: pocztą pantoflową, z zastrzeżeniem „ma swoje dziwactwa, czasem nieco przeciąga terminy, ale jak robi! Jak porządnie, bez niedociągnięć!”.

I tak zaczęła się nasza odyseja z panem K., z którym, na szczęście, zawarliśmy umowę z minimalną karą umowną za każdy dzień zwłoki; szafa miała zostać przygotowana przez dwa miesiące, a stanąć w dwa dni. Pan K. okazał się jednak Hiobem naszych czasów, czego, zawierając umowę, wiedzieć nie mogliśmy. Zaczęło się od potwornego bólu krzyża, który uniemożliwiał jakąkolwiek pracę. Potem awaria samochodu, bez którego, jak bez holajzy, ani rusz. Następnie matka w szpitalu. W połowie grudnia była już w stanie ciężkim. Złożyliśmy wyrazy ubolewania, wiedząc, że pan K. pochował matkę już trzykrotnie: przy okazji stołu dla pani X., szafy państwa Y. i kuchni pana Z.

W marcu znów kręgosłup, w kwietniu – z braku matki – dramatyczna choroba teściowej. Prace zaczęły się w czerwcu, trwały dziesięć dni (nic dziwnego, skoro dniówka trwała to dwie godziny, to cztery, bez przemęczania się zbytniego); pod koniec trzeciego dnia pan K. zażądał wypłacenia pieniędzy za część przeprowadzonych robót, a kiedy się dowiedział, że połowę ceny pobrał w zaliczce, a kara umowna przez pół roku zjadła dwie trzecie reszty, to zdębiał. I przygasł. Niby robił, ale bez serca. Cierpiał. Wyrzekał na nas, którzy „siedzimy sobie przy biurkach” i teraz „chcielibyśmy go wykorzystać”. A nas zatkało.

Bo my też, drodzy panowie K. świata tego, mamy terminy – prac naukowych, przekładów, felietonów i tekstów do katalogu. My też bierzemy zlecenia i zawieramy umowy. Tyle że w naszej pracy ktoś, kto odnosiłby się do nich z taką ułańską dezynwolturą, po pół roku jadłby tynk ze ściany (bo na kit z okien już by go nie było stać) i byłby spalony raz na zawsze.

Bo wszystkie te darmozjady, inteligenciki, gryzipiórki, które znamy, harują po dziesięć godzin dziennie, biorą dodatkowe zlecone, odmawiają sobie różnych durnych inteligenckich przyjemności, żeby dotrzymać terminów. I zagryzają zęby, kiedy panowie fachowcy dziesiąty dzień z rzędu niespiesznie montują to czy owo, bo dom – czyli nasz warsztat pracy – jest rozgrzebany, okupowany przez ludzi o zgoła innych nawykach higienicznych, słownictwie i etyce pracy. Tyle że my po tych iluś godzinach zmarnowanych przez fachowców zakasujemy rękawy i wracamy do roboty. Nie stać nas bowiem na luksusowe warunki przyjęte w panów branży.

Jacek Dehnel (ur. 1980 w Gdańsku), pisarz (ostatnio wydał powieść „Saturn”), poeta, tłumacz (Larkin, Verdins) i malarz. Zajmuje się zbieractwem i łowiectwem (gratów), prowadzi blog poświęcony międzywojennemu tabloidowi kryminalnemu „Tajny Detektyw”, nie prowadzi samochodu. Decyzją Rady Języka Polskiego został Młodym Ambasadorem Polszczyzny.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj