Kawiarnia literacka
Akwarele w Oświęcimiu
Sto pociech z tymi krasnoludkami! Każdy inny, każdy się wyróżnia.

Malutkie ludziki, nasze kopie w wersji mini. Jak figurki z Jajka Niespodzianki. Gapcio, Apsik, Mędrek, a między nimi śliczna Królewna Śnieżka. Idzie sobie po animowanej krainie, w świecie Disneya, ach jakże podobnym do ckliwych ilustracji świadków Jehowy. Gdzie wróbelek odpoczywa w objęciach strasznego lwa, gdzie uśmiechnięci ludzie pozdrawiają się niezależnie od rasy, nacji czy rodzinnych koligacji. Całe kino zatrzymywało w czasie projekcji oddech, kiedy okrutna macocha próbowała otruć biedną dziewczynę. Kino za to swój dech wypuszczało w scenie końcowej, gdzie żyli długo i szczęśliwie. Narzeczone patrzyły potem w oczy swoim chłopcom i myślały, czy taka miłość z kina jest możliwa? I najlepiej, żeby im się siedem krasnoludków urodziło po ślubie, żeby całe ich życie pokolorowane było flamastrami z fabryki snów.

Tylko że po wyjściu z kina wybuchła wojna, chłopakowi urwało ręce i nie miał jak włożyć obrączki na palec swojej oblubienicy. A oblubienica za drutami w pasiaku latała boso po apelu. Jej złote pukle włosów spadały na posadzkę, obcięte byle jak tępymi nożyczkami. Na głowie zamieszkały wszy, wgryzały się w suchą skórę pozbawioną nadziei. Siedziała sobie łysa dziewczyna na pryczy i przypominała piękne obrazy z kina, snuła wizje o bajkowym scenariuszu, którego nikt jeszcze nie napisał. Że dom będzie miała drewniany, przed nim tabliczka „zapraszamy”, dzwonek dla gości, obrus i malutkie sztućce. Dla krasnoludków.

Na razie nad drzwiami jej domku żelazny napis „Arbeit macht frei” i gości w środku co niemiara. Kręcą się, krzątają, a na końcu umierają. W łazience, na apelu, przy robocie albo w piecu. I wcale nikt ich nie chce pokolorować, tu wszystko jest czarno-białe, szare w najlepszym przypadku. Kolor szary to taki kundel, nie wiadomo, co z nim zrobić. Tylko blok dziecięcy jakby z innej planety. Na ścianach namalowane krasnoludki, a maluchy przygotowują przedstawienie o Królewnie.

Są też farby. Akwarele. One również tworzą półkolory czające się między barwami podstawowymi. Wystarczy nabrać na pędzel więcej wody, a cały świat wygląda, jakby płakał. Taki zamglony, nieostry. Trochę nierealny.

Do przedstawiania rzeczywistości obozowej można albo używać takich właśnie wodnistych barw, albo malować grubo węglem. W skali jeden do jednego – bez szans na przejście kolorystyczne, jakiś wyłom, półcień. Dotychczas tak mi się wydawało: beznamiętny węgiel w „Medalionach” Nałkowskiej albo właśnie akwarele w „Pięć lat kacetu” Grzesiuka.

Lidia Ostałowska w swojej niedawno wydanej książce „Farby wodne” używa jednak wszystkich możliwych technik plastycznych. Jak trzeba, to wyrysuje wszystko na papierze milimetrowym i jeszcze poda ekierkę (jest przecież reportażystką). Czasami poprowadzi nas wszystkich wraz z korowodem opisywanej rodziny karłów w technice surrealistycznych collages. Pastelowo nakreśli zupełnie nieznany świat Cyganów. Wreszcie sięgnie po akwarele, tytułowe „farby wodne”, aby pokazać nam złożoność takich słów jak „prawda” i „sprawiedliwość”.

Złożony jest również problem praw autorskich, który został pokazany w książce z zupełnie innej strony niż te ze współczesnych dyskusji. Do tej pory zastanawialiśmy się, czy na przykład jeśli ściągniemy MP3 z Internetu, to okradniemy artystę. A u Ostałowskiej pytania brzmią, powiedziałabym, bardziej ambitnie: czy dzieło należy do artystki, czy też do miejsca, w którym zostało wykonane? A może do ludzi, których portrety zostały uwiecznione w tych dziełach. I pytanie dominujące nad całym zagadnieniem: czy osoba, która ratując swoje życie pracuje dla doktora Mengele, jest artystką? Kim była w obozie, a kim jest teraz, wiele lat po wojnie?

Dina Gottliebova, Żydówka z Czech, trafiła w 1943 r. do obozu w Auschwitz-Birkenau. Z racji swojego artystycznego wykształcenia miała początkowo malować wielkie numery na blokach więziennych. Tak się jednak złożyło, że Mengele szukał portrecistki do uwieczniania swoich obiektów badań – przede wszystkim „mieszańców cygańskich”. Dina trafiła do niego i tak zaczęła się jej praca na rzecz zbrodniarza. Uczyła się w niej nowej dla siebie techniki malowania akwarelami, które miały najlepiej oddać odcień skóry i oczu badanych.

Po wyzwoleniu obozu jej prace trafiły w przypadkowe ręce. W połowie lat 60. muzeum obozu odkupiło obrazy od znalazcy i zaczęło szukać ich autorki. Dina mieszkała wtedy w Stanach i była żoną znanego rysownika pracującego dla Disneya. To on był odpowiedzialny za sukces „Królewny Śnieżki”, którą zachwycał się podobno sam Hitler. Autorka przyjechała do Oświęcimia, zrobiła pamiątkowe zdjęcia, a po ponad 30 latach zażądała nagle zwrotu oryginałów. I tu zaczęły się problemy. Muzeum odmówiło, Dina dostała szału, uruchomiła media. Rozpętał się międzynarodowy skandal, gdzie prawa autorskie stały się sztandarem zarówno wolności, jak i walki ze „złodziejstwem” Polski.

Ale „Farby wodne” Ostałowskiej to również historia wszystkich naiwnych krasnoludków w Auschwitz. Przetransportowanych z bajki, z ilustracji. Bo przecież Gapcio potknął się o druty i został tam na zawsze, Apsik kichnął przy piecu i ludzki popiół zabrudził całe krematorium. Mędrek tak się zagadał z dowódcą SS, że dostał kulkę w głowę i nawet tego nie zauważył. A znowu Śpioszek usnął na apelu i już nigdy się nie obudził. Nieśmiałek za to wstydził się rozebrać przed cyklonem i zginął jeszcze przed kąpielą. I w obliczu tych historii awantura o kilka obrazków nabiera karykaturalnych kształtów.

Sylwia Chutnik – autorka „Kieszonkowego atlasu kobiet” (Paszport POLITYKI 2008, adaptacja w stołecznym Teatrze Powszechnym), „Dzidzi” (adaptacja w Legnicy) i „Warszawy kobiet”. Działaczka społeczna, felietonistka i przewodniczka miejska po Warszawie. Słucha punk rocka i Hanki Ordonówny.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj