Kawiarnia literacka
Flaubert i Lis
W „Ręce Flauberta” Renaty Lis Flaubert obchodzi mnie najmniej.

Czytywałem, szanuję, jak szanuje się nobliwą ciotkę – i tyle. Wiele jest rzeczy wartościowych, którymi się nie zajmuję, albowiem życie jest bardzo krótkie, a na dodatek uważam, że wiele czasu należy marnotrawić na nieprowadzące donikąd głupstwa – koszmarna wydaje mi się perspektywa życia wypełnionego wyłącznie sprawami ważnymi.

Dlaczego więc przeczytałem „Rękę Flauberta”, skoro Flaubert niezbyt mnie interesuje?

Bo poznałem autorkę.

A raczej wcale nie poznałem, gdyż działo się to na spotkaniu zupełnie publicznym. Najpierw odczytany został fragment „Ręki…” i już wiedziałem, że książka jest interesująca i napisana językiem, który odpowiada mojej literackiej wrażliwości: szlachetnym, artystycznym, czułym na powolny rozpad form życia społecznego, rozkładających się, od kiedy tylko przekroczyliśmy barierę cywilizacji – bo wcześniej były trwałe. O tym był ten fragment i był to po prostu kawał dobrej literatury.

Czy to znaczy, że od razu pospieszyłbym tę książkę przeczytać? Nie wiem; pewnie wolałbym po raz kolejny poczytać Jüngera albo Máraiego. Nie lubię książek, których jeszcze nie czytałem; pierwsza lektura jest dla mnie zawsze podejrzana.

Potem jednak była rozmowa, a podczas takich rozmów pisarze zwykle wdzięczą się i kokietują publiczność, jakby byli akwizytorami własnej twórczości. Kabotyńsko nie śmią prosić o lekturę, a jeśli śmią, czynią to z niejakim zażenowaniem, jakby prosili o niełatwą przysługę. Zdają się na łaskawy osąd czytelnika. Pokornie uznają, że klient nasz pan – nie podobało się, to widać źle napisali.

Jakby nie byli artystami, lecz sprzedawcami u rzeźnika, i próbowali wybrednemu klientowi wcisnąć nieco zalatujący już schabowy z kością – no, pani kochana, jak octem przemyć, to wcale nie będzie czuć, no, złoty taniej dam.

Renata Lis zaś do nikogo się nie wdzięczyła; zamiast tego powiedziała, że jeśli „Rękę…” czytać, to należałoby ją czytać starannie, bo tylko w ten sposób można odkryć to, co w niej ważne.

Zrozumiałem wtedy, że słucham prawdziwej artystki, i wiedziałem już, że „Rękę…” na pewno przeczytam. Autorka, wymagając starannej lektury własnego dzieła, przekazała mi komunikat zupełnie niebiznesowy: to nie jest łatwa lektura. Daję ci coś wartościowego, chociaż wcale nie musiałam. Daję ci coś, czego nie masz i nie zdobędziesz nijak inaczej, tylko czytając moją książkę. Daję przecież nie za cenę zapisaną na okładce, bo to, co daję, nie jest ani tanie, ani drogie, to po prostu ceny nie ma. I jeśli masz czytać pobieżnie, głupio – to lepiej nie czytaj wcale.

W tych słowach nie ma nawet śladu pychy. Jest może jakaś słuszna duma, ale nawet nie w tym rzecz, to raczej wewnętrzna spójność autorki, która oddaje swoje dzieło światu; a skoro już zdecydowała się oddać, to musiała mieć ku temu powód. Więc po co kokietować?

Dlatego przeczytałem „Rękę Flauberta”. I wcale nie próbuję tutaj nikogo do lektury zachęcać, bo po co? Prawdziwa literatura nie potrzebuje akwizytorów. Czytajcie albo i nie, wasza sprawa. Flaubert dalej mnie nie obchodzi, bo w istocie wcale nie czytałem książki o Flaubercie, tylko o tym, co to znaczy być pisarzem, a to akurat obchodzi mnie bardzo, bo właśnie nie wiem, co to znaczy być pisarzem. I chciałbym się dowiedzieć. I czegoś się dowiedziałem.

Przeczytałem książkę o świętości literackiego powołania, którą Lis odnalazła u Flauberta, ale mogłaby ją odnaleźć u kogoś innego. Myślę, że mogłaby ją znaleźć również w sobie samej. Jest to dumna świętość, która odmawia wszelkiej służby; Flaubert, jak każdy prawdziwy pisarz, nie służył nikomu i niczemu, tylko literaturze. Czyli w zasadzie sobie samemu, ale tak powinno być.

To może brzmieć jak manifest egotycznego parnasizmu, ale w rzeczywistości jest to postawa życiowa zupełnie niezłożona, chociaż bardzo trudna w praktykowaniu, bliższa raczej mniszej dyscyplinie niż hedonistycznym ekscesom. Polega na dotykaniu takich obszarów świata, których w żaden inny sposób niż literaturą dotknąć ani opisać nie sposób. Skoro ma się taką możliwość dotykania i opisywania tego, czego nie sposób dotknąć inaczej, trzeba to robić, to i tylko to, póki w oczy nie zajrzy szaleństwo albo śmierć. Pisarz nie może służyć nikomu i niczemu innemu nie dlatego, że jest od innych lepszy, bo statystycznie rzecz biorąc, patrząc na pisarzy i resztę populacji, to przyzwoitych między artystami lepiej nie szukać, ale dlatego, że jest jak chirurg, którego szkoda do prowadzenia straganu, skoro jego dłonie mają moc ratowania życia. Ręka Flauberta też miała moc, chociaż inną.

O tej mocy jest książka Renaty Lis. Zastanawiam się przy okazji, co różni literaturę pisaną oburącz na klawiaturze od literatury jednoręcznej, na pióro czy długopis? To wcale nie drobnostka, to ważne – jak wszystko. Lis nie próbuje pisać Flaubertowi biografii, ale zajmuje się właśnie takimi sprawami: jak tytułowa, poddana próbie ognia ręka pisarza, jak jego podróż do Afryki, jego romanse, przyjaźnie i śmierć, i obyczaje kulinarne, i metody pisarskie. Z codzienności i powszedniości życia dostajemy samą esencję: co to znaczy być pisarzem, na czym polega literatura i po co się nią zajmować, skoro nigdy nie jest drogą ku szczęściu, a wręcz przeciwnie, zwykle prowadzi ku zatraceniu.

I nie mogę tutaj powtórzyć tej odpowiedzi, bo musiałbym „Rękę…” przepisać, bo cała jest tą właśnie odpowiedzią. Gdyby dało się ją streścić w kilku zdaniach, to po co komu byłaby książka? Streszczenie by wystarczyło.

Więc czytajcie, a znajdziecie. Albo i nie, wasza sprawa.

Szczepan Twardoch (ur. w 1979 r.), pisarz. Jak twierdzi: „Pogodnie rozczarowany prawie wszystkim poza literaturą i miłością”. Od kilku stuleci mieszka na Górnym Śląsku. Bywał również publicystą i redaktorem w wydawnictwie. Opublikował m.in. „Wieczny Grunwald, powieść zza końca czasów”, która bynajmniej nie jest powieścią historyczną, i ostatnio zbiór opowieści „Tak jest dobrze”.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj