Recenzja książki: Stuart Neville, "Duchy Belfastu"
Krwawe odkupienie
Powieść Stuarta Neville’a to pozycja bardzo solidna – sprawnie napisana, dobrze skrojona. Brytyjskie media są nią zachwycone.
W.A.B./materiały prasowe

Powieść popularna narodziła się we Francji i Anglii wraz z rozwojem prasy codziennej. Dziś Wyspy Brytyjskie nadal są jednym z najważniejszych miejsc na literackiej mapie świata i wciąż chyba nigdzie – może za wyjątkiem Stanów Zjednoczonych – nie powstaje równie dobra literatura środka, której ambicją jest po prostu opowiedzenie dobrej, wciągającej historii. Świadczą o tym choćby popularne ekranizacje powieści Nicka Hornby’ego (autora m.in. „Był sobie chłopiec” i „Wierności w stereo”), książki Hariego Kunzru czy debiut Stuarta Neville’a, „Duchy Belfastu”. O ile jednak Kunzru i Hornby snują zwyczajne obyczajowe opowieści, o tyle pisarz z Irlandii Północnej w swoim thrillerze mierzy się z poważnym tematem politycznym.

Główny bohater „Duchów Belfastu”, Gerry Fegan, to 45-latek, który wygląda trochę jak postać z kryminałów Chandlera. Czyli tak, jakby przegrał swoje życie. Codziennie przychodzi do tej samej knajpy, by upić się whiskey i Guinessem. W młodości był wiernym żołnierzem terrorystycznej Irlandzkiej Armii Republikańskiej, dziś próbuje zapomnieć o swojej przeszłości – o wszystkich morderstwach, o latach, które spędził w więzieniu. Dręczy go ten sam problem, który zniszczył Raskolnikowa z powieści Dostojewskiego. Zbrodni nie da się bowiem wymazać z pamięci.

Fegan musi więc zmagać się z poczuciem winy i duchami, które go nawiedzają. Widzi je wyraźnie, zbliża się coraz bardziej do granicy szaleństwa. Jedynym wyjściem jest spełnienie żądania dawnych ofiar. Tylko wtedy dadzą mu spokój. Fegan, niegdyś oddany bojownik IRA, występuje przeciwko dawnym towarzyszom. Ta vendetta w imię ofiar terroryzmu zagraża jednak chwiejnemu pokojowi we współczesnym Ulsterze. Nie wszystkim zależy zresztą na tym, żeby porozumienie z 1998 roku zostało utrzymane.

Łatwo wskazać wady „Duchów Belfastu”. Postaci w większości są jednowymiarowe: politycy są cyniczni i obłudni, terroryści zawsze bezwzględni. Przewidywalny jest też rozwój fabuły. Ale mimo to książka Neville’a w paru miejscach zaskakuje i pochłania się ją z przyjemnością. Jej siła nie tkwi w intrydze czy napięciu, które winien budować thriller, ale w wiernym i autentycznym portrecie Irlandii Północnej, który wyłania się spoza historii o winie i odkupieniu. To obraz kraju, która ma już dość ciągłego strachu i nie chce być przedmiotem w rozgrywce między unionistami, republikanami i Brytyjczykami. Irlandczycy pragną po prostu żyć. Nie interesują już ich konflikty między katolikami i protestantami. Nie chcą służyć prywatnym interesom polityków, często dawnych „bojowników o wolność”, którzy z rewolucjonistów przekształcają się w zadowolonych z życia członków klasy średniej. Nie chcą też, by ich dzieci stawały się nowymi Feganami – narzędziami w walce o władzę, młodymi chłopakami bez perspektyw, którym włożono do ręki broń i kazano zabijać.

Powieść Stuarta Neville’a to pozycja bardzo solidna – sprawnie napisana, dobrze skrojona. Brytyjskie media są nią zachwycone, co z polskiej perspektywy trudno w pełni zrozumieć. Mamy jednak wśród czytelników sporą grupę koneserów klimatów irlandzkich i współczesnej literatury obyczajowej z Wysp. Ci szczególnie powinni sięgnąć po „Duchy Belfastu”.

Stuart Neville, Duchy Belfastu, przeł. Tomasz Konatkowski, W.A.B., Warszawa 2012, s. 352.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj