Fragment książki: „Grochów”
To wszystko zaczęło się gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Przeglądałem dziesiątki maszynopisów przysłanych na coroczny konkurs literacki „Czasu Kultury”. No i jak to w takich konkursach: nuda, nuda, rozterki wieku dojrzewania, zły, niesprawiedliwy świat oraz rozdęte ego autora. Ale w pewnym momencie trafiłem na niezwykłe opowiadanie o wiejskim chłopaku i jego wojnie z podwórkowym kogutem.
materiały prasowe

Augustyn

To były jego oczy, ale nas nie widział. Patrzył na nas, ale to nie byliśmy my.
Zastaliśmy go leżącego na boku, zwiniętego w kłębek. Było wczesne popołudnie, ale w sali panował półmrok. Po jakimś czasie wyczuł naszą obecność i wolno usiadł na łóżku. Najgorszy był ten nieruchomy wzrok. Wydawało się, że patrzy przez nas na wylot. Bałem się. Czasami jest tak, że zapatrzymy się w oczy psa i nagle dostrzegamy w nich nicość. To było coś takiego. Odór szpitala, gwar gdzieś z korytarza i lęk, że to wszystko przypomina jednak śmierć.
Powtarzaliśmy w kółko swoje imiona i potem jego, potem znowu swoje i znowu jego, bo przecież nic lepszego nie można było zrobić. I jeszcze w kółko: „Pamiętasz? Pamiętasz?”. Ale nie dawał żadnego znaku. Pierwszy raz oglądaliśmy go bez okularów i może stąd to wrażenie nicości i ten lęk. Czasami chyba chciał się uśmiechnąć, taki przelotny, przepraszający grymas. Bardzo chcieliśmy w to wierzyć, bo to jednak był ślad nadziei, że tam nie wszystko się popsuło, przepaliło.
Nie więcej niż dwadzieścia minut trwała nasza wizyta. Przy pożegnaniu dotykaliśmy go jakoś tak ostrożnie, jak dotyka się niemowlę.

Teraz już nawet nie pamiętam, kto powiedział nam przez telefon: „To wy nic nie wiecie? Augustyn miał wylew w Wielkanoc”.
To stało się w wieczorem albo w nocy w jego pokoju i do rana nikt z domowników nie miał o tym pojęcia. Przy wylewie podobno najważniejsze są pierwsze kwadranse, pierwsza godzina. Jeśli pomoc nadchodzi w miarę szybko, to szanse są większe. Ale Augustyn leżał w swoim pokoju całą noc. Mogłem sobie to wyobrazić. Byliśmy wiele razy w tym narożnym pokoju w domu z czerwonej cegły. Pod oknem asfaltowa szosa robiła zawijas. Z tyłu od razu zaczynało się strome zbocze. Dom był wciśnięty między drogę i górę.

Ile razy tam byliśmy? Pięć, sześć, siedem? Za drugim albo trzecim Guścio poczęstował nas kurą: sosiste, pomieszane z gotowanymi ziemniakami mięso i kiszony ogórek. Pewnie była niedziela. I to był smak najprostszego jedzenia, smak, który potem chodzi za tobą przez całe życie. Matka wniosła obiad do narożnego pokoju i natychmiast wyszła. Wszystkie jego książki, wszystkie opowiadania dzieją się w tym narożnym pokoju. To znaczy wszystko, co napisał, jest głosem dobiegającym z tego miejsca. Jakby musiał w nim zasiąść, żeby z człowieka zamienić się w pisarza.

Pięć, sześć, siedem spotkań w życiu. Zawsze potem jest za mało. Zawsze potem widać, że trzeba było częściej. Wiem, że to brzmi prawie jak nekrolog. Ale jego spojrzenie wtedy, w rzeszowskim szpitalu, jego skulone ciało na łóżku, jego nieruchomość to były znaki, że można żyć, a jednocześnie tym życiem wprawiać w przerażenie. Myślę, że wychodziliśmy z ulgą, że po prostu uciekaliśmy, by potem przez całą drogę do domu wieść jakąś bezradną, pełną domysłów rozmowę o tym, czy to jest jeszcze Augustyn i czy my jesteśmy dla niego tym, kim zawsze byliśmy. Nic jednak na to nie wskazywało.
Ale po tygodniu czy dwóch powróciliśmy. Chyba wtedy siedział na łóżku. Upłynął czas, więc szukaliśmy zmiany. Wypatrywaliśmy zmian w jego twarzy, w spojrzeniu, w każdym geście. Jego prawa ręka była sparaliżowana. Leżała nieruchomo na udzie. Od czasu do czasu poprawiał ją za pomocą lewej. Przenosił jak przedmiot, gdy się zsuwała.

No ale jednak to był szpital, ostry, aseptyczny zapach, połysk linoleum, lekarze i pielęgniarki na biało, więc odruchowo myślało się o medycynie, o leczeniu, o powrocie do zdrowia. Myślało się linearnie: od punktu „a”, w którym się znaleźliśmy, do punktu „b”, do którego powinniśmy z nadzieją zdążać. Ten rzeszowski szpital i potem drugi dawały złudzenie tymczasowości, która pozwalała oczekiwać zmian na lepsze, bo przecież najgorsze już się stało. Przecież do szpitala się przychodzi, by potem z niego wyjść. My przyjeżdżaliśmy co kilka tygodni i wypatrywaliśmy dawnego Augustyna. W jego aktualnym ciele chcieliśmy widzieć jego dawną postać. Wyglądaliśmy jej, jakby po prostu miała do nas wyjść gdzieś z głębi tego unieruchomionego i udręczonego ciała. Teraz widzę, jak trudno jest opisać to doświadczenie strasznej obcości i jednocześnie bliskości. Dotykaliśmy go, przytulaliśmy, bo tylko to nam przychodziło do głowy.

Po kilku miesiącach przeniesiono Augustyna do domu opieki społecznej w Dynowie. To był znak, że medycyna zrobiła już swoje i nie należy się spodziewać cudu. W pewien sposób oznaczało to jednak poprawę losu. Dynów był bliżej rodzinnych stron, bliżej Izdebek. W świetlicy siedziały wiejskie kobiety w chustkach. W porównaniu z martwym, obojętnym szpitalem Dynów mógł przypominać nawet coś w rodzaju domu. Wokół była zieleń i pensjonariusze w pogodne dni wygrzewali się na słońcu. Augustyn poruszał się już wtedy na wózku. Znajdowaliśmy sobie jakieś ustronne miejsce i wiedliśmy rozmowy, które w istocie były poszukiwaniem okruchów pamięci albo przypominały amatorskie zajęcia z logopedii. Wyglądało na to, że wszystko, co nam pozostało, to resztki, niewyraźne ślady przeszłości, i tylko one jeszcze łączą nas z Augustynem. Tylko tak mogliśmy wypełnić teraźniejszość – bez ustanku pytając: a pamiętasz to, pamiętasz tamto, pamiętasz, jak byliśmy, pamiętasz, jak pojechaliśmy…
Jednocześnie Augustyn w niemal niezauważalny, powolny sposób zaczynał – trudno znaleźć odpowiednie słowo – odzyskiwać pamięć? odzyskiwać własne życie? myśli? uczucia? pojedyncze słowa? Któregoś dnia siedzieliśmy sobie przy wejściu do kaplicy ośrodka. W kaplicy modliło się kilka kobiet. Augustyn zawsze wyznawał poglądy dość antyklerykalne, a gdy dostrzegał w czyichś oczach potępienie, natychmiast przyznawał się do ideowego komunizmu. Siedząc wtedy pod drzwiami kaplicy, zapytałem go, czy nie wydaje mu się, że samo życie daje mu ostatnio szanse pojednania się z Kościołem, więc może by tak czasem dołączał do rozmodlonych niewiast w chustkach. Popatrzył na mnie z ukosa, podturlał się wózkiem do uchylonych drzwi i sprawną ręką z całej siły je zatrzasnął. A potem powrócił do nas z diabolicznym uśmiechem i bardzo z siebie zadowolony.
To był znak, że choroba i kalectwo oddzieliły go od świata i od nas, ale nie dotknęły jego najgłębszej istoty. Za pomocą gestów umykał nicości. Pielęgniarki mówiły: Jest uparty. Tymczasem on po prostu się nie poddawał. Takie miejsca – nawet w mimowolny sposób – ubezwłasnowolniają, wymuszają podporządkowanie, każą zdziecinnieć. Augustyn w swoim życiu i w swoim pisaniu to była rogata dusza. Zawsze robił to, co uważał za słuszne. Teraz jedząc winogrona, strzelał pestkami w przestrzeń pokoju, popatrywał zza okularów i czekał, aż któreś z nas odezwie się jak zwykle: Guściu, nie śmieć. Potem, gdy już odjeżdżaliśmy, widzieliśmy jego niewyraźną postać w szklanych drzwiach wejściowych. Podjeżdżał wózkiem i czekał, aż znikniemy w perspektywie cichej, parterowej ulicy.

To wszystko zaczęło się gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Przeglądałem dziesiątki maszynopisów przysłanych na coroczny konkurs literacki „Czasu Kultury”. No i jak to w takich konkursach: nuda, nuda, rozterki wieku dojrzewania, zły, niesprawiedliwy świat oraz rozdęte ego autora. Ale w pewnym momencie trafiłem na niezwykłe opowiadanie o wiejskim chłopaku i jego wojnie z podwórkowym kogutem. Sam pamiętałem takiego agresywnego kurzego samca z własnego dzieciństwa, więc opowieść mnie natychmiast wciągnęła. Było w niej to wszystko, czym żywi się prawdziwa proza. Szczegół, zmysł obserwacji, lekki dystans do przedmiotu, lekka autoironia, lekkość opisu i przyprawione goryczą ciepło. To opowiadanie po prostu się wyróżniało. Świeciło spokojnym, szlachetnym blaskiem. Dostało jakąś nagrodę. Gdy otwieraliśmy koperty z nazwiskami autorów, ktoś powiedział, że zna Augustyna, że to starszy facet, emerytowany nauczyciel i mieszka w Izdebkach niedaleko Brzozowa. Jakiś czas potem postanowiliśmy go odwiedzić. To nie było daleko, raptem niecałe sto kilometrów, ale zabłądziliśmy. Zaplątaliśmy się w sieć polnych dróg Pogórza. Grzęźliśmy naszym starym maluchem w bagnach, po drodze wysiadły hamulce i dotarliśmy pod wieczór i ubłoceni od stóp do głów. Augustyn przywitał nas jak aniołów z nieba.

Izdebki to było jego królestwo. Chyba nie potrzebował niczego więcej. Przeszłość i teraźniejszość. Miejsca jego prywatnej mitologii, jego prywatne geografie. Izdebki miały historię porównywalną z historią przynajmniej Europy. To było cesarstwo Augustyna i Augustyn w nim niepodzielnie rządził. Jednych skazywał na niebyt, a innych sadzał po swojej prawicy na wieczność. Był wszechwładnym, ale łaskawym panem. Izdebki, Polska gminna, wicepowiatowa, ten fundamentalny składnik ojczystego bytu w jego opowiadaniach zyskał siłę mitu. Czułość, groteska, ostentacyjna lubieżność, plebejska żywotność, siła wszędobylskiej biologii i cudowna niepowtarzalność życia. I śmiech, śmiech jako ostania deska ratunku przed nadciągającą nicością. Tak działała proza Augustyna. Bardzo zresztą podobnie do niego samego. Był jak medium. Wyrastał z Izdebek i jednocześnie był w nich obcy. Nie można bezkarnie opisywać świata.

Po kilkunastu miesiącach wyruszył z Dynowa w dalszą drogę. Jakaś pokutna peregrynacja się z tego robiła. Trochę było żal, bo droga między Domaradzem a Dynowem biegnie wysokimi grzbietami wzgórz i z tej podniebnej szosy roztaczały się jedne z piękniejszych widoków na całym Pogórzu. Można było nią jechać i cieszyć się na spotkanie, a potem wracać i zastanawiać się nad naturą naszych spotkań, nad sensem człowieczej komunikacji i bliskości. Tymczasem teraz trzeba było jeździć do Brzozowa. Brzozów to już powiat obejmujący same Izdebki, więc ta niby pokutna peregrynacja przybliżała Augustyna do domu, od którego oddzielały go teraz tylko masywy Czarnej i Wielkiej Góry. Z kolei my też już się zaczynaliśmy przyzwyczajać, że tak już będzie zawsze, że będziemy wyruszać z domu i potem przez Żmigród, Duklę, Rymanów i Trześniów docierać do Brzozowa. W sklepie przy wylotówce na Sanok będziemy kupować białe i czerwone winogrona, które Augustyn pochłania w każdej ilości, głaszcząc się z ukontentowaniem po brzuchu, i potem strzela po kątach pestkami. To wszystko powoli zamieniało się w zwyczajne życie. Liczyliśmy nowe-stare słowa, które przypominał sobie i wypowiadał Augustyn. Przyjeżdżaliśmy i mówiliśmy, co u nas słychać. Czasami Augustyn kiwał głową i wypowiadał pełne akceptacji przeciągłe „nooo”. Kiedy indziej, gdy nie potrafił odnaleźć słów dla tego, co chciał wyrazić (a chciał coraz więcej), zaciskał zdrową dłoń w pięść i wyraźnie, dobitnie i bezsilnie mówił „kurwa mać”.

Któregoś dnia opowiedzieliśmy mu historię naszego przyjaciela, który dość niespodziewanie zachorował. Choroba należała do tych najcięższych i rokowania nie były najlepsze. Wysłuchał opowieści do końca i potem, gdy zaległa już cisza, powiedział tylko jedno słowo: „Tragedia”. Wypowiedział je powoli, spokojnie i jasno. Wokół w pokojach byli ludzie, którzy mieli nigdy nie opuścić tego miejsca. Wielu z nich nie zdawało sobie nawet z tego sprawy. Istnienie niektórych ograniczyło się do kilku powtarzanych w nieskończoność gestów. Wydawało się, że dominującym sensem jest tu fizjologia. Powolne następstwo snu, karmienia, obmywania – czynności, od których wszystko kiedyś się zaczynało. Zapachy pościeli, ciał i jedzenia. Echo głosów w korytarzu, brzęk naczyń i gorące powietrze wypływające z pokojów. I wśród tego Augustyn jedną ręką turlający swój wózek i powtarzający: „Kurwa mać. Tragedia”.

Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj